ŁADOWANIE

Wpisz by wyszukać

Witajcie w czasach presji

Udostępnij

Do jesieni 2017 r. płace podskoczyły o ponad 6 proc. w porównaniu do poprzedniego roku, w najbliższych miesiącach wskaźnik ten może jeszcze urosnąć. Na coś takiego polska gospodarka na pewno nie pozostanie obojętna.

Polakom żyje się dostatniej, a przeciętne wynagrodzenie dobiło już poziomu niemal 4,5 tys. zł. Tak przynajmniej wynika ze statystyk. Pracownicy nie kryją się już ze swoimi roszczeniami płacowymi i pozapłacowymi, a eksperci i media dodatkowo zachęcają ich do stawiania coraz wyższych wymagań. Samorządowcy, próbujący kontraktować zaplanowane inwestycje, patrzą skonsternowani, jak bardzo rzeczywistość zaczyna się rozjeżdżać z ich kosztorysami. A inwestorom giełdowym coraz trudniej przymykać oczy na fakt, że wraz ze wszystkimi podwyżkami rosną koszty firm, co musi wcześniej czy później odbić się na ich wynikach i kursach. Jednym słowem: witajcie w Polsce w czasach „presji płacowej”.

Ostatnio mieliśmy przetarg na remont ulicy. Kosztorys był na 4,45 mln zł, a najniższa oferta była o 1,5 mln zł wyższa. Chcemy też budować halę sportową, to inwestycja za 5 mln zł, ale na razie nikt się nie zgłosił – opowiadał kilka miesięcy temu Portalowi Samorządowemu prezydent Kołobrzegu, Janusz Gromek. – Spotykam się z kolegami z innych miast i wszyscy cholernie narzekamy. W Świnoujściu mają pieniądze i nie mogą ich wydać, w Koszalinie remont chodników i dróg wyceniono na 3,5 mln zł, a firma zaproponowała dwa razy więcej – dorzucał.

Choć pod koniec roku rynek zamówień publicznych nieco drgnął, to samorządowcom nie jest łatwo. Jak Polska długa i szeroka, władze lokalne skarżą się, że ceny wpływających ofert w porównaniu do ubiegłego roku wzrosły o średnio 20- 25 proc., a i wzrost o jedną trzecią nie jest wcale rzadkością. Stąd przez większość tego roku spora część przetargów kończyła się anulowaniem lub brakiem rozstrzygnięcia. W tej chwili eksperci dostrzegają zjawisko „organoleptycznie”, przeglądając NASZ CYKL PRACA SZUKA CZŁOWIEKA ogłoszenia o przetargach, np. w Tarnowie, Elblągu, Gorzowie, Ząbkowicach czy Chojnicach. To, jaką skalę miało zjawisko w rzeczywistości, okaże się zapewne w przyszłym roku, gdy swoje statystyki opublikuje Urząd Zamówień Publicznych.

– Właśnie rozmawiałem z jednym z właścicieli firmy budowlanej, który mówi, że o ile rok temu dniówka budowlańca wynosiła 200 zł, to dzisiaj oczekiwania sięgają 300 zł – tłumaczył zjawisko burmistrz Wadowic, Mateusz Klinowski. Oczekiwania rosną, tym bardziej, że – przynajmniej według części ekspertów – w obliczu realizacji programu 500+ czy podwyżek (zrealizowanych i postulowanych) minimalnych wynagrodzeń, dotychczasowe stawki wydają się być kompletnie nieatrakcyjne. Problem widać też na giełdzie.

“Polsce brakuje rąk do pracy. I to brakuje dramatycznie. Deficyty kadrowe są widoczne od góry do dołu: od stanowisk i zawodów o najwyższych kwalifikacjach technicznych po robotników i wykonawców najprostszych prac. Kolejne branże tracą z tego powodu impet.”

Przykład? Wraz z końcem sierpnia spółka Mex Polska – zarządzająca m.in. sieciami franczyzowymi The Mexican oraz Pijalnia Wódki i Piwa – zaczęła obniżać prognozy finansowe na lata 2017-2019 (firma zapowiadała, że tylko w 2017 r. zarobi na czysto 5,7 mln zł, a okazało się, że będzie to najwyżej 3,7 mln zł).

Powód? „Zarówno wprowadzona przez rząd zmiana przepisów obligujących przedsiębiorców do podwyższenia najniższych wynagrodzeń, jak i silna presja pracowników na wzrost wynagrodzeń, spowodowały znaczący wzrost kosztów pracy i tym samym spadek wyników spółek grupy w pierwszym półroczu bieżącego roku, co przełoży się na wyniki całego 2017 roku” – komentowała Mex Polska w raporcie. Akcje spółki poleciały w dół o 20 proc. A to zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Kto nie obserwuje polskiego rynku pracy, temu mogło umknąć: wiosna 2017 r. należała do najgorętszych od lat. Najmocniej w oczy rzucały się akcje strajkowe w Tesco, którego pracownicy żądali 350-złotowej podwyżki, odpowiadającej w przybliżeniu podwyżkom zaordynowanym w konkurencyjnych sieciach Biedronka czy Lidl (które, skądinąd, stoczyły w ostatnich miesiącach prawdziwą batalię płacową o pracowników) oraz w Portach Lotniczych, w których związki zawodowe zażądały 8-procentowej podwyżki oraz 5-letniej gwarancji poziomu wynagrodzeń.

Ale to tylko początek długiej listy. Bywały w tym roku takie okresy, kiedy organizowano nawet po kilka strajków w tygodniu. Akcje protestacyjne obejmowały zarówno zakłady przemysłowe (jak np. Odlewnia Żeliwa w Zawierciu), jak i sektor usług. Był nawet taki moment, kiedy DHL nie był w stanie dostarczać przesyłek, bo zastrajkowała logistyka; z kolei w Warszawie stanęła budowa realizowana przez firmę Solaris Energy przy ulicy Bobrowieckiej. Roszczenia objęły nawet… Operę Bałtycką, gdzie pracownicy zażądali 30-procentowych podwyżek.

Zgodnie z danymi Narodowego Banku Polskiego z jesieni tego roku aż 45 proc. polskich przedsiębiorstw odczuwa „naciski w sprawie wzrostu wynagrodzeń”. Jeszcze w zeszłym roku było to 33 proc. I są efekty. Według informacji GUS przeciętne wynagrodzenie nad Wisłą wynosiło we wrześniu 4492 zł, co oznacza wzrost o 280 zł od początku roku. Nominalnie jest to najwyższy wzrost płac od 2012 r. Podwyżki nie są równomierne, bo napędzają je poszczególne branże: wspomniana budowlanka, najprostsze prace fizyczne (gdzie najbardziej widać wpływ zarządzonych przez gabinet Beaty Szydło wzrostów płac minimalnych i minimalnych stawek godzinowych) czy z drugiej strony – wzrost wynagrodzeń specjalistów z branży IT. Ale składa się to na imponujący wynik statystyczny: do jesieni płace podskoczyły o ponad 6 proc. w porównaniu do poprzedniego roku. A do końca roku wskaźnik ten może urosnąć do 8 proc.

– Niezależnie od krótkoterminowych wahań, trend w przypadku wynagrodzeń pozostaje niezmiennie wzrostowy – podsumowuje Marcin Mazurek, ekonomista mBanku. – Już w sierpniu firmy, w których płace rosły o przynajmniej 5 proc., stanowiły 84 proc. całego sektora przedsiębiorstw – dodaje. „Wzrost płac pozostaje mocny i naszym zdaniem w kolejnych kwartałach, pod wpływem rosnącego napięcia na rynku pracy, powinien przyspieszać w kierunku 8 proc. rok do roku” – uzupełniał w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Piotr Bielski, ekspert BZ WBK. Można by powiedzieć – same plusy, impreza się rozkręca. Tyle tylko, że tak duży wzrost płac przewyższa zarówno tempo zwiększania się PKB w Polsce, jak i wskaźniki wzrostu wydajności.

“Wzrost płac przewyższa zarówno tempo zwiększania się PKB w Polsce, jak i wskaźniki wzrostu wydajności. Oraz inflację.”

Oraz – choć nie wiadomo jeszcze na jak długo – dotychczasową inflację. Dlatego też uzyskane podwyżki wydają się satysfakcjonować pracowników. Gorzej, że wcześniej czy później za płacami pójdą wskaźniki inflacyjne. I to już niebawem, bo pierwsze symptomy widać zarówno po kosztorysach przedsiębiorstw budowlanych, jak i w cenach podstawowych produktów spożywczych – jak masło czy jajka – o których tak chętnie pisano w październiku i listopadzie br. A wtedy pozostaje jedynie czekać na skok stóp procentowych. Pytanie tylko, kiedy on nastąpi.

„W najbliższym okresie Rada Polityki Pieniężnej nie zmieni swojego łagodnego nastawienia” – przewidywali analitycy Raiffeisen Banku kilka tygodni temu. „Retoryka RPP zacznie się zaostrzać dopiero na początku przyszłego roku w związku ze stopniowym wzrostem inflacji bazowej i wciąż dobrymi wynikami gospodarki. Podwyżek stóp nadal oczekujemy w połowie 2018 roku” – kwitowali.

Od wzrostu płac nie ma odwrotu. Z rozmaitych badań prowadzonych przez firmy pośrednictwa pracy i konsultingowe czy ośrodki badawcze wynika, że do rekrutacji nowych pracowników na większą skalę szykuje się co trzecie – a być może nawet co drugie – przedsiębiorstwo. Co to oznacza w obecnych realiach rynku pracy, czyli przy rekordowo niskim bezrobociu, odpływie osób starszych (które korzystają z nowego progu wieku emerytalnego) i przy sporej niechęci młodego pokolenia do zatrudniania się na niskopłatnych stażach? Otóż oznacza to przeciąganie pracowników z innych firm. I co za tym idzie: podwyżkę.

Badania firmy doradczej Korn Ferry Hay Group nie pozostawiają pod tym względem większych wątpliwości – „przeciągnięci” pracownicy dostają lepsze pieniądze niż ci, którzy lojalnie tkwią w firmie. – Kandydatom pasywnym, którzy maja pracę i nie szukają nowej, zawsze trzeba oferować wyższą stawkę, by przekonać ich do zmiany pracodawcy – wykłada tę prostą prawdę Marek Strojkowski z Manpower Group. W praktyce oznacza to np., że nowo zatrudnieni pracownicy działów obsługi klienta zarabiają średnio około 1 tys. zł więcej niż ci, których zastają w nowym miejscu pracy. Trudno się zatem dziwić, że frustracja tych, którzy dotychczas za pracą się nie rozglądali, rośnie. We wspomnianych już Portach Lotniczych rozbieżności płacowe na porównywalnych stanowiskach potrafiły sięgać kilku tysięcy złotych, jak twierdzili związkowcy.

Z badań ankietowych wynika, że niemal co drugi pracownik w Polsce czuje się kiepsko wynagradzany i potencjalna podwyżka jest dla niego wystarczającym, kluczowym powodem do potencjalnej zmiany miejsca pracy. Ale też trudno się dziwić: w ślad za procesami na rynku pracy – ale potęgując je – idą eksperci i media. Nie ma mniej lub bardziej szanującej się redakcji, która w ostatnich miesiącach nie opublikowałaby jakiejś formy miniporadnika pod hasłem „jak rozmawiać z szefem o podwyżce”. I nawet jeżeli są to porady w stylu „rozmowa powinna się odbyć w miejscu neutralnym i kameralnym, najlepsza będzie zatem niewielka sala konferencyjna”, „wypada wyzbyć się negatywnych emocji” i „wskazać swoje sukcesy”, a w razie porażki „wypada wyrazić nadzieję, że dalsza współpraca będzie przebiegała równie pomyślnie” – to takie publikacje nie pojawiają się przypadkowo i nie pozostają bez echa.

Efekt? Jak mówi nam kierowniczka działu sprzedaży w jednej z dużych firm dostarczających materiały budowlane: „na rekrutację przychodzą kandydaci na handlowców i domagają się 8 tys. złotych pensji oraz drugie tyle premii za sprzedaż”. – Zapytałam takiego pana, do kogo skierowałby pierwsze kroki jako nasz handlowiec, gdzie widzi naszych najważniejszych klientów. Pan rozłożył ręce i mówi: to ja przygotuję się na kolejny etap rekrutacji –opowiada. Tego „kolejnego etapu” w tym przypadku nie było. Duże firmy mogą sobie jeszcze jako tako pozwolić na przebieranie w kandydatach. Ale i to w coraz mniejszej mierze. – Pracodawcy już teraz prześcigają się w pomysłach, jak zachęcić przyszłego potencjalnego pracownika, aby podjął pracę właśnie u nich –mówi Wioletta Żukowska-Czaplicka, ekspert Pracodawców RP.

“Jeszcze kilka lat temu za bonus uchodziły służbowy samochód, laptop czy telefon lub karnety sportowe i pakiety medyczne. Teraz uważa się je za standard.”

Marek Strojkowski, Manpower Group

– Jeszcze kilka lat temu za bonus uchodziły służbowy samochód, laptop czy telefon, ale też karnety sportowe i pakiety medyczne. Teraz uważa się je za standard – kwituje. Ba, w najbardziej poszukiwanych profesjach, jak specjaliści z branży IT, dochodzi do sytuacji takich, że kandydaci odrzucają oferty, bo musieliby dojeżdżać na drugi koniec miasta. Jeśli odłożymy na bok miejskie legendy na temat informatyków i spojrzymy w badanie „Barometr zawodów” przygotowane w połowie roku na potrzeby Ministerstwa Pracy, okaże się, że największe luki na rynku pracy dotyczyły… kierowców samochodów ciężarowych i ciągników siodłowych, których brakowało w 95 proc. polskich powiatów (planowana dyrektywa regulująca rynek pracowników delegowanych może jednak sprawić, że wkrótce skokowo przybędzie dla odmiany kierowców bezrobotnych).

Na kolejnych „deficytowych” pozycjach znaleźli się spawacze, pielęgniarki i położne, samodzielni księgowi, krawcy, kierowcy autobusów, kucharze, fryzjerzy, operatorzy obrabiarek skrawających oraz cieśle i stolarze – we wszystkich przypadkach braki kadrowe raportowało od 60 do 83 proc. powiatów w Polsce. Z kolei serwisy z ogłoszeniami o pracę są zapełnione ofertami dla przedstawicieli handlowych – do nich adresowany jest mniej więcej co trzeci anons w sieci. To przede wszystkim adepci tych popularnych zawodów będą w najbliższych miesiącach napędzać wzrost płac – i to nie tylko w swoich branżach, ale i na całym rynku. Inaczej będą nas czekać odpływy chętnych z gorzej płatnych zawodów do tych lepiej płatnych.

Tak jak dzieje się to w przypadku programistów: szkółki programowania i bootcampy otwarte na wszystkich chętnych rosną w Polsce jak grzyby po deszczu, kusząc obietnicami w stylu „za rok będziesz mógł szukać posad z pensją 10 tys. zł”. To oczywiście tylko marketing, życie pokaże, jak rynek wyceni umiejętności programistyczne zdobyte na tych kursach. Ale niewątpliwie trend dotyczy zwłaszcza młodych ludzi, którzy z łatwością mogą się przekwalifikować – i wiedzą, że według statystyk największe wzrosty pensji zalicza się przed 35. rokiem życia…

“Jak Polska długa i szeroka, władze lokalne skarżą się, że ceny wpływających ofert w porównaniu do ubiegłego roku wzrosły o średnio 20-25 proc.”

Tagi:
Następny artykuł

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *