ŁADOWANIE

Wpisz by wyszukać

Teraz przyjdą Białorusini

Udostępnij

Polski rynek pracy przyciąga pracowników ze Wschodu lepszymi płacami i wspólną kulturą – mówi Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service.

Eksperci twierdzą, że polska gospodarka nie byłaby w stanie osiągać tak rewelacyjnych wyników bez rzeszy pracowników ze Wschodu. Czy mamy na to jakieś dowody?

Oczywiście. Na początek weźmy dwie liczby – na koniec 2017 r. można się było doliczyć 275 tysięcy miejsc pracy wytworzonych w ciągu poprzednich dwunastu miesięcy, i to przy bezrobociu praktycznie na poziomie bezrobocia naturalnego.

W tym samym momencie, na koniec ubiegłego roku, mieliśmy 150 tysięcy nieobsadzonych miejsc pracy. To bilans, który udało nam się uzyskać przy średnio milionie pracujących osób z Ukrainy…

Dwóch milionach…

Dwóch milionach, tylko one się z reguły rozkładają na sześciomiesięczne cykle pracy, zatem uśredniając – to milion osób pracujących jednocześnie. Oczywiście z tego miliona zaledwie 400 tysięcy zostało zgłoszonych do ZUS, większość pracuje w szarej strefie. Jednak nawet w szarej strefie ci ludzie tu są i przyczyniają się do budowania polskiego PKB. To potężna grupa, gdzieś na poziomie 10 proc. zatrudnionych. I trzeba pamiętać, że to emigracja komplementarna – taka, która nie wypiera dotychczasowych pracowników z rynku pracy, lecz służy łataniu luk.

Wracając do ich wpływu na polską gospodarkę…

Gdyby nam tego miliona zabrakło, można na 99 proc. powiedzieć, że byłoby milion nieobsadzonych stanowisk pracy w Polsce. Ponad 5 miliardów złotych nie wchodziłoby do popytu detalicznego, gdyż tyle właśnie wydali Ukraińcy w polskich sklepach i na usługi w okresie od stycznia do września 2017 roku. Nie mówiąc już o wartości dodawanej przez nich do PKB. A to dopiero początek.

Co ma Pan na myśli?

Trzy-cztery lata temu pracodawcy zaczęli dostrzegać i rozumieć, że polski rynek pracy gwałtownie się zmienia, ze względu na wielką falę migracji do Wielkiej Brytanii, Niemiec, Holandii czy Norwegii. Inwestorzy zaczęli się wówczas zastanawiać, czy lokowanie inwestycji w Polsce ma sens, czy nie lepiej szukać innych miejsc. Na spotkaniach pytano, skąd się wezmą pracownicy, bo „jeżeli jeszcze w tym roku damy radę, to już w przyszłym…” Rozważano przenoszenie inwestycji na Ukrainę, do Rosji czy Indii.

Dziś ten strach przeszedł. W Polsce otwiera się kolejne wielkie fabryki. To psychologiczny efekt pośredni. Bezpośrednio Ukraińcy wpływają też na boom na rynku nieruchomości – nie przybywa nam przecież mieszkańców, więc za koniunkturę odpowiadają osoby kupujące mieszkania na wynajem, również dla Ukraińców, oraz sami Ukraińcy, którzy kupują nad Wisłą mieszkania.

W jakim stadium jest obecnie ten proces?

Według naszych szacunków możemy liczyć na poziom nasycenia rynku pracy w Polsce rzędu 3,5 miliona pracowników z Ukrainy, a już w tej chwili mamy 2 miliony. A proszę jeszcze pamiętać, że cała ukraińska diaspora w ujęciu globalnym to 5,5 miliona ludzi. To ilustruje naszą atrakcyjność.

“W ciągu czterech czy pięciu lat możemy dojść do poziomu nawet 2 milionów Ukraińców, którzy osiądą nad Wisłą na stałe. To również oznacza gigantyczne perspektywy dla  całej gospodarki, dla rynku nieruchomości, sektora usług, opieki i edukacji.”

Ta atrakcyjność może się jednak okazać przejściowa. Niemcy coraz częściej szacują, że będą mieli w ciągu kilku najbliższych lat dwa miliony stanowisk do obsadzenia. Może więc Ukraińcy przestaną do Polski przyjeżdżać, a będą przez nią tylko przejeżdżać?

W czerwcu zeszłego roku, kiedy wprowadzono ruch bezwizowy dla obywateli Ukrainy w Unii Europejskiej, zaczęto wiele o tym mówić. Zresztą na Ukrainie też było wielkie zamieszanie, wszyscy nagle zaczęli myśleć o pracy w Mercedesie za 12 euro za godzinę. Tymczasem to był rok wyborczy w Niemczech i polityka imigracyjna jest tam teraz bardziej problemem politycznym niż gospodarczym. Zapewne Ukraińcy byliby niezmiernie cenną siłą roboczą, ale nad Renem kwestie otwierania granic są dziś niebywale drażliwym tematem. Niemcy znaleźli się w takim momencie, kiedy muszą sobie poradzić z rozwiązaniem kłopotów z migrantami z Bliskiego Wschodu – i to zapewne zajmie im jeszcze sporo czasu. Przynajmniej przez rok czy dwa takiego otwarcia, o którym Pan mówi, nie będzie.

Źródłem tej migracji jest też konflikt na wschodzie Ukrainy. Gdy wygaśnie, fala migracji może się wydatnie zmniejszyć.

To prawda: ten konflikt nastąpił w momencie krytycznym dla polskiej gospodarki i w jakimś stopniu uratował sytuację. I niestety, kolejny czynnik to fakt, że problem militarny na Ukrainie bynajmniej nie słabnie – być może ze względu na zachowawczą politykę Unii Europejskiej i reszty świata… Na froncie wciąż giną ludzie, moi przyjaciele opowiadają mi o znajomych wcielonych do wojska, nierzadko rannych w walkach.

Ten konflikt jest dla Ukraińców bardzo realny, mimo że w mediach nie widzimy już zbyt wielu doniesień z frontu, i wywołuje poczucie niestabilności oraz fizycznego zagrożenia. Na dodatek ten stan rzeczy trwa już dobre kilka lat, bez perspektywy rychłego końca. Nic dziwnego, że ludzie myślą o bezpieczeństwie swoim i swoich dzieci – i wybierają wyjazd do Polski jako alternatywę dającą choćby cień szansy na stabilizację życia. Coraz więcej młodych ludzi widzi swoją przyszłość właśnie w Polsce. Tu mogą bez przeszkód dostać pracę, kupić mieszkanie, wychowywać dzieci.

Między innymi dlatego szacujemy, że w sumie będzie w Polsce 3,5 miliona Ukraińców do końca przyszłego roku.

Każda wojna kiedyś się kończy. Może i migranci wrócą za kilka lat nad Dniepr?

Emigranci z Polski do Wielkiej Brytanii też na początku wyjeżdżali „na chwilę”. Potem zaczęli ściągać małżonków i dzieci, zaczęli kupować mieszkania. Podobnie będzie z emigracją ukraińską: na początku za chlebem i doraźnym zarobkiem, ale wkrótce – na stałe, z rodzinami. Coraz częściej pracownicy z Ukrainy dopytują, jak w Polsce wygląda sytuacja ze żłobkiem, przedszkolem, jakie są widoki na wykształcenie dzieci. Jeżeli pracodawcy będą jeszcze wzmacniać adresowany do tych pracowników pakiet socjalny, tendencja do osiedlania się w Polsce będzie coraz większa.

Ile osób spośród tych dwóch milionów zamieszka w Polsce na stałe?

Trudno prorokować o konkretnych liczbach, ale wydaje mi się, że w ciągu czterech czy pięciu lat możemy dojść do poziomu nawet 2 milionów osób, które osiądą nad Wisłą na stałe. To również oznacza gigantyczne perspektywy dla całej gospodarki, dla rynku nieruchomości, sektora usług, opieki i edukacji.

Zatem jeżeli nie dojdzie do żadnego makroekonomicznego załamania w tym lub przyszłym roku, możemy całkiem optymistycznie patrzeć w przyszłość. I to właśnie ze względu na Ukraińców – to silny bodziec stymulujący polską gospodarkę, bez względu na bezpieczeństwo inwestycji w Polsce czy przyjazną dla inwestorów politykę.

“”

Ukraina-Białoruś-praca-imigracja-rynek pracy-Businessman-Businessman.pl

Jeszcze dwa czy trzy lata temu słychać było narzekania, że Ukraińcy zaniżają stawki na rynku pracy, są gotowi pracować za grosze. Dziś coraz częściej słyszy się, że chcą być traktowani podobnie jak polscy pracownicy. Czy ten trend, jeżeli chodzi o wynagrodzenie, się utrzyma?

Mogę tu mówić o tym obszarze biznesu, którym my się zajmujemy: zapewnianiu pracowników korporacjom, dużym firmom. I w tym sektorze wynagrodzenia pracowników z Ukrainy są zawsze na takim samym poziomie, jak Polaków. Mówimy, oczywiście, o sytuacji osób zaczynających pracę – zatem kto przychodzi pracować do firmy, Polak czy Ukrainiec, dostaje te same 14 złotych brutto.

Taką politykę stosują wszystkie firmy, z którymi mamy do czynienia. Ba, ukraińscy pracownicy są w sumie nawet uprzywilejowani pod tym względem, że poza wynagrodzeniami miewają zapewnione też mieszkanie – w przeciwieństwie do Polaków. W 90 proc. przypadków oznacza to dodatkowy wydatek rzędu 500-700 złotych miesięcznie po stronie firmy i analogiczne oszczędności po stronie pracownika. Nie ma zatem na co narzekać.

Mam wrażenie, że to Polacy częściej narzekają.

Podaż pracowników z Ukrainy stabilizuje polski rynek pracy i koszty pracy. Gdyby te dwa miliony ludzi nagle zniknęły z polskiego rynku, pierwszą reakcją byłoby być może drastyczne podniesienie wynagrodzeń – ale czy to by rozwiązało jakikolwiek problem? Nie, wciąż brakowałoby dwóch milionów par rąk do pracy, zamiast tych wspomnianych 150 tysięcy. Nie wzrosłaby od tego liczba towarów, wpływy z konsumpcji, efektywność pracy, liczba budowanych nieruchomości czy PKB.

W zestawieniu ze stratami, jakie wówczas poniosłaby polska gospodarka, obecne 10-procentowe niedoszacowanie wynagrodzeń w Polsce nie jest wielkim problemem. Za to wszystko to, co ci ludzie robią dla nas – podnosząc naszą konkurencyjność w Europie – jest nie do przecenienia. I trzeba stabilizować tę sytuację, tworząc perspektywy dla umocnienia obecności Ukraińców w Polsce: poprzez dostęp do przedszkoli i szkół, służby zdrowia, całego pakietu socjalnego pozwalającego poczuć się bezpiecznie.

Czy Ukraińcy czują się już w Polsce bezpiecznie?

Wszystko na to wskazuje. Badania współpracującej z nami agencji Rating Group pokazują, że Polska jest drugim najbardziej atrakcyjnym dla Ukraińców rynkiem pracy – zaraz po Niemczech. Przy czym Niemcy dominują, bo są wielką gospodarczą lokomotywą, z legendarnymi wielkimi pensjami. Tymczasem Polska jest wskazywana, bo jest przyjazna, tu Ukraińcom żyje się dobrze, np. pod względem językowym czy z uwagi na realną otwartość na nich.

Nieoficjalnie można też usłyszeć, że Niemcy złagodziły poziom kontroli rynku pracy – w czasach, kiedy Polacy jeździli nad Ren, inspekcje były bardzo rygorystyczne i dotkliwe. Teraz zdarza się, że tajemnicą poliszynela jest, iż dana firma zatrudnia na czarno pracowników z Ukrainy – i nikt na to nie reaguje, nie sprawdza. Ukraińcy wiele więc ryzykują, szukając zatrudnienia w Niemczech, i tylko płacone im tam stawki uzasadniają podejmowanie tego ryzyka.

Coraz częściej słyszymy jednak, że Ukraińcy nie wystarczą. Firmy zaczynają sprowadzać pracowników z Indii, Bangladeszu czy Nepalu.

Można myśleć o pracownikach z Azji, ale biorąc pod uwagę inne nawyki kulturowe czy odmienny stosunek chociażby do zawieranych umów i ustaleń, pracownik z Ukrainy jest dużo lepszym rozwiązaniem. Słyszeliśmy o sytuacjach, w których grupa azjatyckich pracowników w ciągu nocy przenosi się do innej firmy, bo zaoferowano im o złotówkę wyższą stawkę.

Tymczasem my nie zauważamy żadnych napięć na poziomie implementacji pracowników z Ukrainy. Mówimy o dwóch milionach ludzi, którzy pracują i mieszkają ramię w ramię z Polakami. Jesteśmy sobie bliscy – kulturowo, pod względem zachowań społecznych i światopoglądu. A na dodatek, jeżeli chodzi o wakaty na rynku pracy – mamy tuż pod bokiem kolejny wielki rynek pracy, białoruski. Może z Białorusi nie przyjadą do nas miliony, ale i tam nie dzieje się na rynku za dobrze i docelowo można liczyć na migrację, która mogłaby sięgnąć i 500 tysięcy ludzi. Białorusini to też pracowici ludzie, szanujący te same wartości, co Polacy i o podobnej historii. To w zupełności powinno wystarczyć.

Tagi:
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *