ŁADOWANIE

Wpisz by wyszukać

Najdroższy SUV świata

Udostępnij

Przeszło sto lat temu nazwę Cullinan nadano największemu i najczystszemu diamentowi na świecie. Dziś nazwa ta powraca za sprawą jednego z największych i najbardziej luksusowych SUV-ów kiedykolwiek zbudowanych przez człowieka.

Na papierze SUV-y wypadają niekorzystnie. Są większe i droższe od zwykłych aut, nawet jeśli rzadko idą za tym lepsze parametry jazdy terenowej lub bardziej funkcjonalna kabina. A jednak jest coś pociągającego w podwyższonej pozycji za kierownicą, w dającym zastrzyk endorfiny zwiększonym prześwicie i napędzie na cztery koła, w bojowo wyglądającym nadwoziu, które w każdy dzień tchnie atmosferę wielkiej przygody.

SUV-ów chcą wszyscy: od młodych singli, którzy przesiadają się do nich z miejskich hatchbacków, przez rodziny, które wybierają je na rzecz vanów, po… najmożniejszych tego świata. Skoro klienci poczuli potrzebę, to producenci posłusznie zaczęli ją zaspokajać. Nawet za cenę zupełnego odwrócenia się od pielęgnowanych do tej pory wartości. Jak wygląda w końcu duży SUV w portfolio Lamborghini, Maserati czy Astona Martina?

Z drugiej strony barwną ścieżkę ewolucji przeszedł także sam SUV. W ostatnich latach kolejne poziomy luksusu w tym segmencie wyznaczały coraz bardziej ekskluzywne pochodne Range Rovera i Mercedesów, czy w końcu Bentley Bentayga.

Gdy jednak do tej gry postanowił dołączyć Rolls-Royce, to zaczęła być zupełnie inna historia. Ta kultowa brytyjska marka nigdy wcześniej nie zaszczyciła swoim znaczkiem niczego innego niż dystyngowanej limuzyny, coupé lub kabrioletu. Otwarcie manifestowała swój dystans do jakichkolwiek wartości mających związek z życiem zwykłego człowieka, takich jak pojemność bagażnika, funkcjonalność czy dane techniczne.

Nawet teraz, gdy Cullinan figuruje już oficjalnie w ofercie marki, ludzie z Goodwood nadal nie nazywają rzeczy po imieniu. Dla nich to nie SUV, a „wysoko osadzony pojazd motorowy”. Nie ma on klapy bagażnika, tylko „klamrę”. Nie walczy z terenem, a „dociera wszędzie bez wysiłku”.

Ci sami ludzie będą przekonywać także, że jazda z dala od dróg jest zapisana głęboko w DNA Rolls-Royce’a. W kolonialnych czasach pierwsze modele tej marki służyły w końcu arystokracji do polowań czy eksploracji nieznanych terenów. Lawrence z Arabii szalał swoim opancerzonym Silver Ghostem po froncie I wojny światowej.

Ja sam genezę powstania Cullinana widzę gdzie indziej. W ostatnich latach dramatycznie zmieniła się natura i demografia luksusu, a przez to i sam Rolls-Royce. Więcej o tym fenomenie w artykule „Luksus się buntuje”  (Businessman 1-2/2018), w którym odkrywamy nocne życie Budapesztu zza kierownicy Rolls-Royce’a Wraith Black Badge. Ta specjalna linia modelowa po raz pierwszy wprowadziła do leksykonu tej szacownej marki takie słowa jak „zwiększona moc silnika”, „większe felgi” czy też, o zgrozo, „utwardzone zawieszenie”. Cullinan jest kolejnym krokiem w otwieraniu Rolls-Royce’a na dzisiejszy świat. Można to potraktować jako gest zbliżony do założenia Twittera przez Królową Elżbietę.

Musi się tak dziać, ponieważ z całej Grupy BMW (do której należą BMW, Mini i Rolls-Royce), zdecydowanie najmłodszą klientelę posiada… ten trzeci. Średnia wieku klientów tej brytyjskiej marki wynosi niewiarygodne wręcz 40 lat.

To naturalnie zasługa młodych milionerów z Emiratów, Rosji czy Chin. Ale i USA. Jackson Hole u podnóża pasma gór Teton w stanie Wyoming, do którego dotarłem na swoje pierwsze spotkanie z tym przełomowym modelem, to wbrew pozorom naturalne siedlisko dla Cullinana.

Ten najmniej poznany (i zaludniony) skrawek Stanów Zjednoczonych upodobali sobie najmożniejsi i najbardziej znani Amerykanie. Sto lat temu na swoim gigantycznym ranczu swoją emeryturę spędzał w  tych stronach John  D. Rockefeller Jr. Teraz przed zgiełkiem uciekają tu gwiazdy Instagrama i Hollywood. To tutaj swój ostatni album nagrał Kanye West (i tutaj też zrobił komórką zdjęcie, które trafiło na okładkę płyty).

Natężenie bogaczy jest więc tutaj wyjątkowo wysokie, nawet jeśli asfaltowych dróg jest proporcjonalnie odwrotnie znikoma liczba. Miejscowi mają więc w końcu samochód, w którym będą mogli bez skrępowania obnosić się ze swoim bogactwem.

Bo o to przecież w Rollsie w dużej mierze chodzi. Na premierze modelu (młodziutki!) stylista marki Alex Innes pokazał mi w tajemnicy swoje pierwsze rysunki Cullinana. Wykonał je tuż po otrzymaniu od zarządu przełomowej decyzji o stworzeniu pierwszego SUV-a marki. Na jego instynktownie nakreślonych szkicach jest on zwiewny i sentymentalny.

Prace z przyszłymi klientami wyjawiły jednak, że chcą oni czegoś innego. Wielkiego wozu, który manifestuje swoje gabaryty i ich bogactwo w dużo bardziej dosłowny sposób. I taki też Cullinan się stał. Obca jest mu subtelność tak w de-talach, jak i samych wymiarach. Gdy spaceruje się wzdłuż niego, maska sięga klatki piersiowej. Dach jest już ponad głową przechodnia. Cullinan mierzy ponad 5,3 metra długości i waży około 2,7 tony.

Jeśli unikalną wartością SUV-ów jest fakt, że potrafią w jednym samochodzie zawrzeć niesamowitą wszechstronność, to doprawdy nie wiem, jak te słowa zinterpretuje Rolls-Royce. Dowiaduję się w momencie, gdy zjeżdżam z asfaltowej drogi. Kieruję się na szlak pnący się na szczyt góry Snow King. Prowadzi on przez najbardziej stromy stok narciarski w całym USA.

Konstruktorzy Rolls-Royce’a potraktowali jazdę terenową bardzo poważnie. Cullinan ma naturalnie napęd na cztery koła, a nawet tryb jazdy off-road. Zmienia on blokady dyferencjałów i oprogramowanie sterujące tak, by koła dostojnie pokonywały każdą przeszkodę. Widok wielkiej maski z ręcznie rzeźbioną figurką Spirit of Ecstasy na końcu niewzruszenie przebijającej się przez kamienie, krzaki, rwącą wodę i piach tworzy obraz ostatecznego tryumfu ludzkości nad naturą. Wjechałem na sam szczyt góry, szczelnie zamknięty w enklawie luksusu stworzonej przez najznamienitsze drewna, metale, skóry kilkudziesięciu byków i barek z kryształowymi kieliszkami.

Najbardziej w Cullinanie imponują nie same zdolności terenowe, ale sposób, w jaki ten niesamowity samochód łączy je z luksusem. To w końcu dalej stuprocentowy Rolls-Royce. Cullinan oferuje to samo wrażenie izolacji od otoczenia, co inne modele. Nie tylko od drogi, ale w ogóle od szarości i ograniczeń tego świata.

W kabinie czeka wiktoriańska, wolna od przemijających trendów, deska rozdzielcza podobna do tej z innych modeli marki, ale za otulającą tylną kanapą ukazuje się już coś nietypowego: bagażnik. Przed kierowcą bardziej typowo. Sercem wozu jest tradycyjny silnik V12 o pojemności 6 3/4 litra, który nie wydaje z siebie żadnego szmeru, nie mówiąc już o jakichkolwiek oznakach wysiłku przy katapultowaniu tej świątyni luksusu do pierwszych 100 km/h w niewiarygodne 5 sekund.

Czy taki Rolls-Royce ma jakikolwiek sens? Wbrew pozorom ma go więcej niż jakikolwiek inny model przed nim. Nie tylko na odludnych ranczach Wyoming czy też pustyniach pełniących rolę placu zabaw milionerów z Dubaju. Nie tylko na dziurawych drogach Rosji i Chin, dwóch strategicznie ważnych rynków marki.

Ma sens także dla klientów w Polsce, którzy wreszcie mogą jeździć Rolls-Royce’em bez żadnych trosk przez cały rok. Nawet jeśli nie planują wjeżdżać nim na szczyt stoku narciarskiego jak ja, to mogą chociaż z klasą podjechać w dolne okolice zbocza. SUV to w końcu samochód stworzony z potrzeb i zachcianek klientów. A kto miałby je realizować lepiej niż Rolls-Royce?

Tagi
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *