ŁADOWANIE

Wpisz by wyszukać

Materiał na sukces

Udostępnij

W biznesie jest jak w wysokich górach. By dotrzeć na szczyt, trzeba determinacji i dobrego planu – mówi Agnieszka Servaas, prezes VIVE Management.

Zacznijmy od prostego pytania: po co właściwie działa Pani w biznesie? Taki był plan od początku?

Po co jestem w biznesie? Z bardzo wielu powodów.

…ten pierwszy to kasa i zysk.

Nie, to na pewno nie jest ani pierwszy, ani drugi powód. Jest we mnie potrzeba budowania i ciągłej aktywności. Interesuje mnie realizowanie kolejnych celów, nieustanny rozwój, doskonalenie. Tak miałam od dzieciństwa. Pamiętam, że jako dziecko zaczęłam sprzedawać kwiaty z rodzinnej plantacji na lokalnym ryneczku. Szwagier mnie nawet zwalniał ze szkoły, bo był sezon i trzeba było się pospieszyć. Fajna to była nauka. Dziś mam 20 lat doświadczenia w prawdziwym

biznesie i każdego dnia cieszę się z miejsca, w którym jestem.

A pieniądze jako miernik sukcesu?

Pieniądze są potrzebne, by rozwijać biznes, są potrzebne do życia. Natomiast absolutnie nie są miernikiem sukcesu. Dla mnie liczą się inne cele i kryteria. Przebyłam długą drogę, jestem spełnioną i szczęśliwą kobietą, mam wspaniałą rodzinę, realizuję się w różnych rolach prywatnych i zawodowych. To jest dla mnie prawdziwa miara osiągniętego sukcesu.

Zawsze było łatwo?

Jasne, że nie. Jak się idzie na szczyt, to czasem bywa bardzo ciężko. Celowo używam porównania z górami, bo mam takie ważne, osobiste doświadczenie z lata 2017. Byłam wtedy na konferencji w Krakowie i pomyślałam sobie: wejście na Rysy, to byłoby dopiero coś, realizacja marzeń! Góry mają dla mnie wielką moc, zawsze mnie inspirowały do działania wyprawy i opowieści Martyny Wojciechowskiej.

Często Pani chodzi w góry?

Właściwie nie. Prawdę mówiąc, wtedy w Krakowie nie miałam żadnego górskiego doświadczenia. Ale miałam determinację i detaliczny plan. Przeanalizowałam, czego mi trzeba, zaplanowałam, że mam czas, by wejść w piątek. I zadzwoniłam do przyjaciela, instruktora narciarstwa w Zakopanem, a ten polecił mi dobrego przewodnika tatrzańskiego. Potem już wiele nie myśląc, przyjechałam do Zakopanego i zaopatrzyłam się w to wszystko, co mi doradzono. Dzień wcześniej długo rozmawialiśmy z przewodnikiem, poradził, bym poszła wcześnie spać i dobrze wypoczęła przed wyprawą. Łatwo się mówi. Emocje były ogromne, długo nie mogłam zasnąć, rano byłam w bardzo średniej formie. Ale poszliśmy.

“Nie ma sukcesów w sprzedaży bez wejścia z ludźmi w bezpośredni kontakt – w ludzkie relacje. Dla mnie pojedyncze transakcje nie mają wartości. Liczy się współpraca długofalowa i myślenie winwin. Ja zawsze staram się tak działać, by  ci, którzy ode mnie kupują, też mogli osiągnąć oczekiwane korzyści.”

Miastowa businesswoman, niechodząca po górach, idzie na Rysy. Może jeszcze w szpilkach?

Niezupełnie. Byłam odpowiednio wyposażona! I właściwie wszystko od początku szło bardzo dobrze. Aż do momentu, gdzieś w dwóch trzecich drogi, gdy zrobiło się już naprawdę stromo, a mnie zaczęły odmawiać posłuszeństwa mięśnie. Drżały mi nogi. Prosta sprawa: fizycznie nie byłam przygotowana do takiego wysiłku. Spojrzałam w górę, zobaczyłam, że to jeszcze spory kawał drogi. I wtedy zrobiłam to, co robię często w biznesie: zatrzymałam się, przez chwilę skupiłam i zaczęłam sama ze sobą rozmawiać: Agnieszko, zachowaj spokój! Nie myśl o tym, co jest na samej górze. Pomyśl o kolejnym kroku, jednym jedynym. To jest też doświadczenie, które miałam w biznesie, ale i wielokrotnie w życiu prywatnym. Pełna uwaga i koncentracja na kolejnym kroku do zrobienia. I w tych górach, idąc tak krok po kroku, weszłam na sam szczyt.

Uczucie?

Absolutna euforia. Coś, czym delektowałam się z przewodnikiem Staszkiem chyba półtorej godziny. Był on wówczas ratownikiem GOPR, fascynująco opowiadał. To było niesamowite doświadczenie.

Mówiąc na zimno, zachowała się Pani nie do końca odpowiedzialnie. Amatorka, która rzuca się od razu na najwyższe szczyty. Tak należy działać w biznesie?

No tak, mój mąż też powiedział, że to szaleństwo. Ale jakie to było piękne szaleństwo: odkrycie, realizacja marzeń i pasji, jedno z piękniejszych doświadczeń życia. Z drugiej strony, to wcale nie było bezmyślne. Zanim wyruszyłam, miałam przeanalizowany plan B, C, D. Oceniłam czynniki ryzyka, przygotowałam się możliwie dobrze. Wzięłam do współpracy profesjonalistę. Wiedziałam, że mogę od razu nie osiągnąć celu, że mimo wielkich chęci być może będę musiała odpuścić. Byłam przygotowana na różne opcje. Tak jest w życiu, spotykają nas rzeczy, których nie da się przewidzieć.

Czy takim momentem był pożar Państwa firmy w 2002 roku? Wtedy spaliły się hale i właściwie cały towar, jaki w nich mieliście. To mógł być koniec firmy.

Tak, to był bardzo trudny moment. Budujesz coś latami, masz plany, marzenia. I nagle dzieje się coś tak tragicznego, cała praca idzie w ruinę. To był taki moment, kiedy trzeba było się zatrzymać i zastanowić, co dalej. Taki moment, gdy pytam samą siebie, czego takie doświadczenie może mnie nauczyć.

Jak to się stało, że się potem odbudowaliście?

W pożarze straciliśmy prawie wszystko fizycznie. Ale nie straciliśmy wiary, energii – i przede wszystkim nie straciliśmy ludzi. Ogień wybuchł w nocy, cała poranna zmiana przyszła na szóstą i została z nami na tych zgliszczach. Byli z nami, gdy przenosiliśmy zakład, gdy go odbudowywaliśmy. Nie byli to jedynie nasi pracownicy, ale też partnerzy biznesowi, polscy i międzynarodowi. Gdyby się od nas odwrócili, nie mielibyśmy szansy. Ale oni zostali i nas wsparli. Sprzedawali nam towar, choć wiedzieli, że będzie kłopot z terminowymi płatnościami. Kupowali od nas po godziwych cenach, a przecież mogliby wykorzystać sytuację.

“Cały czas czujemy niedosyt. Jak się ma pasję i działa z poświęceniem oraz pełnym zaangażowaniem, to nigdy na jednym szczycie się nie kończy. Są kolejne góry, następne wyzwania. Adrenalina biznesowa świetnie działa.”

Dlaczego właściwie Was wsparli?

Myślę, że kluczowe było zaufanie do nas. Coś, co budowaliśmy latami. Zawsze podkreślam, że tworzyliśmy organizację opartą na zaufaniu i na długoterminowych relacjach. Jestem z wykształcenia inżynierem, ale zawsze mnie ciągnęło do ludzi i do sprzedawania. A nie ma sukcesów w sprzedaży bez wejścia z ludźmi w bezpośredni kontakt – w ludzkie relacje. Dla mnie pojedyncze transakcje nie mają wartości. Liczy się współpraca długofalowa i myślenie win–win. Ja zawsze staram się tak działać, by ci, którzy ode mnie kupują, też mogli osiągnąć oczekiwane korzyści.

Ale po co? Działacie w biznesie, to jest firma rodzinna, musicie utrzymać pracowników, zapewnić płynność. Chyba o tym trzeba myśleć, a nie o interesie kontrahentów.

Gdybyśmy tak myśleli, to jestem przekonana, że w sytuacji krytycznej, takiej jak pożar, nikt by nam nie pomógł. Nikt by nawet nie pomyślał, że może warto w nas zainwestować. Chyba po prostu jesteśmy takimi ludźmi, inaczej nie potrafimy.

Widać, że wiele potraficie, bo Grupa VIVE jest zdecydowanie największą firmą w branży przetwarzania tekstyliów, działacie na kilku kontynentach, operujecie tysiącami ton odzieży. Co dalej?

Cały czas czujemy niedosyt. Jak się ma pasję i działa z poświęceniem oraz pełnym zaangażowaniem, to nigdy na jednym szczycie się nie kończy. Są kolejne góry, następne wyzwania. Adrenalina biznesowa świetnie działa. Naszym pierwszym celem był rozwój i wzrost na rynku zagospodarowania odzieży second-hand, skup, zbiórka, sortowanie, dalsza odsprzedaż. Teraz myślimy głównie o podnoszeniu innowacyjności, wchodzeniu na nowe, zupełnie dziewicze tereny.

Czyli?

Kiedy mówię o innowacyjności, mam na myśli to wszystko, co można zrobić z używaną odzieżą. A możliwości jej przetwarzania i dalszego wykorzystania są niemal nieograniczone. Przyszłością są kompozyty tekstylne, materiały i produkty powstałe z mocno przetworzonej odzieży. Dajemy nowe życie tekstyliom, sprzątamy świat – bo dzięki przetwarzaniu ta odzież nie zalega na wysypiskach, tylko dalej pracuje. Od kilku lat prowadzimy badania, teraz uruchamiamy w Kielcach coraz większą produkcję. Przed nami rozwój nowych rynków.

Ale co chcecie sprzedawać?

Właściwie wszystko, co można sobie wyobrazić i co będzie się bronić ekonomicznie. Odbiorcą naszych produktów może być wielka firma, ale też zwykły Kowalski. Patrzę na Pana koszulę: niech Pan nam ją odda, a w zamian dostanie Pan produkt z przetworzonych tekstyliów, np. wieszak na nową koszulę czy donicę na kwiaty.

Brzmi to nieco futurystycznie. Na razie dostarczacie mieszankę tekstylną do cementowni Ożarów.

Tak, jest ona stosowana w cementowni jako paliwo alternatywne. Mamy również za sobą pierwsze doświadczenia w sprzedawaniu produktów z kompozytów, na przykład pale do wzmocnień wałów przeciwpowodziowych, które wysłaliśmy do Holandii. Teraz kończymy duże zamówienie na kilka tysięcy słupów oświetleniowych, które trafią do parku rozrywki w Niemczech. Z kompozytu tekstylnego może zostać wyprodukowany wieszak na koszule jako gadżet, ale wykorzystanie kompozytu jest dużo szersze: deski tarasowe, krzesła, stoliki itd. Można z niego tworzyć produkty wizualnie bardzo podobne do drewna. Zatem dodatkowym aspektem ekologicznym jest to, że oszczędzamy lasy.

Jakość odzieży, jaką nosimy, spada z roku na rok. To dla Was dobrze, że obrót tekstyliami jest coraz szybszy?

Mówimy tu w pierwszej kolejności o ubraniach z sieciówek i tu rzeczywiście widać wyraźne pogorszenie jakości w skali globalnej. Dla nas to jest problem. Jeśli surowiec jest gorszej jakości, to ma niższe parametry, mniej się nadaje do dalszego wykorzystania. Był taki moment kilka lat temu, gdy konsumpcjonizm osiągnął gigantyczne rozmiary, ludzie zaczęli kupować coraz tańsze ubrania na potęgę, szybko się nimi nudzili, sięgali po nowe. Odpowiedzią przemysłu było produkowanie i promowanie odzieży, która z założenia nie jest i nie powinna być trwała. No bo po co? Cieszę się, że ten trend zaczyna hamować. Ludzie już rozumieją, z czym wiąże się nadmiar odzieży w ich szafach, a w dalszej perspektywie na śmietnikach.

Na ile ma dziś wystarczyć statystyczny ciuch?

Ma być prany 10 razy i tyle. Potem już nie będzie noszony, bo zastąpi go nowy. Zdefasonuje się, straci kolory – bo używa się niskiej jakości, czasem nawet niebezpiecznych dla zdrowia barwników. Dlatego zalecane jest pranie odzieży przed pierwszym użyciem. Przyznaję, że sama też tak robię.

A Pani potrafi rozstawać się z odzieżą? To nie jest częsta umiejętność w Polsce – w kraju, w którym zawsze wszystko może się do czegoś przydać…

Moja przyjaciółka, która jest „personal shopperką”, zawsze mi powtarza, że ciuch nienoszony od roku tylko zajmuje miejsce w szafie. Zgadzam się z nią, ale… jestem Polką. Nie jest mi łatwo rozstawać się z ubraniami. Całe szczęście mam młodsze siostrzenice, które lubią moją szafę. Ubrania po dzieciach oddaję do kontenerów.

Wasz surowiec pochodzi głównie spoza Polski?

Niemal w 100 procentach. Tak było historycznie, że po pożarze musieliśmy sprzedać konkurencji sieć kontenerów na odzież używaną, które mieliśmy w Polsce. Rozwinęliśmy później własną sieć zbiórki odzieży w innych krajach, głównie w Niemczech i Czechach.

To się będzie zmieniać?

Jakość odzieży w dużych polskich miastach już w niczym nie ustępuje jakości z Europy Zachodniej. Ale faktem jest, że zmiany w mentalności postępują powoli. Albo nam się po prostu nie chce oddać odzieży do pojemnika, albo nie możemy zaakceptować faktu, że jedynie część zysku zostanie przeznaczona na pomoc potrzebującym… Pracujemy nad zmianami w polskiej świadomości, to jest proces na długie lata. Proszę zwrócić uwagę choćby na to, w jakiej formie ludzie oddają znoszoną odzież. W Holandii nawet najbardziej zniszczony ciuch będzie przed oddaniem uprany, uprasowany, złożony w kostkę, zapakowany w reklamówki. Bardzo bym chciała, aby u nas też się to tak odbywało.

“Byłam w wielu krajach i mogę się tylko cieszyć, że wychowałam się i pracuję w Polsce. Nie wszystkie kobiety na świecie mogą się rozwijać tak jak Polki. Uważam, że mężczyźni u nas otworzyli się na współpracę z kobietami w biznesie.”

W jaki sposób edukujecie Polaków ekologicznie?

Poprzez wiele projektów, w których uczestniczymy. Na przykład wielokrotnie byliśmy partnerem targów Slow Fashion, mamy własne stoiska, pokazujemy, co można i należy robić z odzieżą, organizujemy zbiórki. Robiliśmy akcję „torba za torbę” pod hasłem „przynieś ubranie, w zamian dostaniesz torbę ekologiczną”. To były torby uszyte całkowicie z włókniny wyprodukowanej ze zniszczonych swetrów, zaprojektowane przez projektanta Mariusza Przybylskiego. Edukujemy również dzieci i młodzież w duchu dbałości o środowisko naturalne. Konkurs na prace plastyczne wykonane z tekstyliów cieszy się coraz większą popularnością, dlatego „Recykling na miarę” zorganizowaliśmy już dwukrotnie. Docieramy również do maluchów, czytając przedszkolakom bajkę z ekologicznym morałem w programie „Dbam o świat od najmłodszych lat”. Mamy w głowie plany dotyczące odbierania ubrań od dostawców indywidualnych w Polsce. Ale to jeszcze nie jest plan na dziś. Nie damy rady robić wszystkiego jednocześnie.

A propos skali działania firmy. Będziecie szukać inwestorów albo wejdziecie na giełdę? Wydaje się, że Wasz biznes może łatwo sięgnąć po kapitał zewnętrzny.

Jesteśmy przed takimi decyzjami. Dziś niczego nie wykluczamy. Zdajemy sobie sprawę, że czas jest ważnym czynnikiem. W biznesie jest zwykle tak, że jak się za długo myśli, to się wypada z rynku. Musimy więc zważyć, jakie plany chcemy realizować w pierwszej kolejności, a stąd dojdziemy do źródeł i skali ewentualnego finansowania zewnętrznego.

To jeszcze jedno pytanie strategiczne: wszystko dotąd robicie w Kielcach, to jest epicentrum Waszego biznesu. Ale transport odzieży z innych krajów i kontynentów jest niezwykle drogi…

Rzeczywiście zastanawiamy się nad dalszymi scenariuszami. W Polsce koszt pracy szybko rośnie, a dostępność pracowników mocno spadła. Musimy to brać pod uwagę w naszych kalkulacjach. Około 300 osób pracuje u nas od ponad 15 lat. Ale wielu zostaje na krótko, a przecież w ich przygotowanie do pracy musieliśmy sporo zainwestować.

Jesteście konkurencyjnym pracodawcą?

Stale analizujemy rynek świętokrzyski, pracujemy z firmami HR. Dwa lata temu zmodyfikowaliśmy model wynagrodzeń w Grupie VIVE. Trzeba pamiętać, że jesteśmy firmą wiarygodną, wszystkich pracowników zatrudniamy na umowy o pracę. Płacimy bardzo terminowo, pracownicy mają dodatkowe benefity i programy socjalne (bony na święta, wczasy pod gruszą itd.), które rzadko występują w firmach prywatnych.

Nie uciekniemy od rozmowy o sporcie. Nie trzeba być wielkim kibicem, by kojarzyć Waszą markę z piłką ręczną. Od kilkunastu lat klub z Kielc ma różnych partnerów (Targi, Tauron, PGE), ale niezmiennie w nazwie klubu jest VIVE. Nie macie tego czasem dosyć?

To jest tak, że jeśli robisz coś z pasją i wiarą, to wiele jesteś w stanie znieść i wytrzymać. Sport i biznes mają wiele wspólnego, tu żadna gwiazda nie da rady w pojedynkę. Lider ma wskazać drogę i możliwości, rozwijać potencjał w ludziach. Natomiast tylko gra zespołowa, wspólne działanie, myślenie długofalowe przynosi wymierne efekty. To wsparcie dla piłki ręcznej wzięło się z pasji i zaangażowania mojego męża. Tylko rodzina wie, ile poświęciliśmy na to czasu, energii. Ile podróży po Polsce i Europie, negocjacji, rozmów tylko po to, by dogadać coś dla klubu i dla rozwoju tej dyscypliny w Polsce. Zarówno w wydaniu zawodowym, jak i młodzieżowym. Różnie bywało. Ostatnio mój mąż wystąpił do władz Kielc, by udzieliły wsparcia finansowego klubowi, który jest dziś zadłużony. W Kielcach jest klimat, by wspierać piłkę ręczną, bo stała się przedmiotem lokalnej dumy i narzędziem promowania miasta. A my? Czasem bywamy tym wszystkim zmęczeni, rodzina też na tym cierpi. Zwłaszcza, że musimy dziś decydować o kierunkach rozwoju firmy, o jej zapleczu finansowym. Nasze zasoby nie są nieograniczone, optymalizujemy działalność w różnych obszarach – także w marketingu sportowym. Ale na pewno przez najbliższy rok spółki Grupy VIVE pozostaną sponsorem klubu.

Zawodnicy klubu i trener musieli się zgodzić na 25-procentową obniżkę pensji…

Nie musieli. To są fantastyczni, bardzo ciężko pracujący sportowcy, obserwuję ich z podziwem na co dzień. To wielka zasługa Bertusa, że potrafił zarazić swoją energią cały zespół, potrafił ich przekonać, że istnieje wspólna dobra przyszłość, trzeba się jednak zgodzić na przejściowe ograniczenia i wyrzeczenia. Wierzę, że PGE VIVE Kielce pozostanie jednym z topowych zespołów w europejskiej piłce ręcznej.

Zaczęliśmy rozmowę od Pani wspinaczki w Tatrach. Chcę zapytać o wyzwania stojące przed kobietami w polskim biznesie. To także Pani pasja i silne zaangażowanie.

Byłam w wielu krajach i mogę się tylko cieszyć, że wychowałam się i pracuję w Polsce. Nie wszystkie kobiety na świecie mogą się rozwijać tak jak Polki. Uważam, że mężczyźni u nas otworzyli się na współpracę z kobietami w biznesie. Doceniają nasze atuty, w tym szczególnie te naturalne umiejętności zarządzania małym przedsiębiorstwem, jakim jest gospodarstwo domowe. My się pięknie różnimy, mamy różne talenty, które się uzupełniają, a nie zawsze były wystarczająco wykorzystywane. To znaczy: były wykorzystywane, ale w innym biznesie. Dla mnie życie domowe, prowadzenie gospodarstwa i ogniska domowego to po prostu małe przedsiębiorstwo. Wiele zachowań i doświadczeń z prowadzenia domu można później z sukcesem przenieść do firmy.

Z badań wynika, że kobiety na stanowiskach menedżerskich ciągle zarabiają mniej.

Nie ma ku temu żadnych powodów. To się bierze głównie z kultury, historii, tradycji. Zobaczmy, jak inaczej traktuje się dziewczynki i chłopców. Jak chłopiec narozrabia, to mówi się, że skoro chłopak, to może. A dziewczynka ma być grzeczna i ułożona, kompromisowa, jej pewnych rzeczy po prostu nie wypada. Potem już jako dorosłe kobiety nosimy to w sobie, jesteśmy mniej waleczne, mamy mniejszą pewność siebie. Dlatego nie negocjujemy, zgadzamy się często pracować za niższe wynagrodzenie na podobnych stanowiskach. Ale i to się zmienia. Kobiety fantastycznie wspierają się wzajemnie. Sama uczestniczę w wielu takich spotkaniach. Wymieniamy się doświadczeniami, uczymy od siebie, inspirujemy – to nas wzmacnia!

Parytety są potrzebne?

W Grupie VIVE początkowo byłam jedyną kobietą w kadrze zarządzającej, dziś jest już nas więcej. Ale nie, nie widzę powodu, by wprowadzać parytety płci w radach i zarządach, to sztuczny mechanizm. Dużo ważniejsze jest otwieranie się mężczyzn na pracę z kobietami i wzajemne udzielanie sobie wsparcia przez kobiety. W ten sposób krok po kroku dojdziemy do równości.

Rysy już za Panią. To dokąd teraz?

Byłam w tym roku na urlopie w Afryce. Widziałam z daleka wierzchołek przepięknego Kilimandżaro i tak sobie wymarzyłam, że koniecznie muszę tam być! Robię plan podróży, i tworzę mocną damską grupę, która – mam nadzieję – wejdzie w 2019 roku na Kilimandżaro. Krok po kroku, na sam szczyt.

Tagi:
Poprzedni artykuł

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *