ŁADOWANIE

Wpisz by wyszukać

Martwa natura z bankierem

Udostępnij

Na krajowym rynku inwestycji alternatywnych, oprócz złota, najpopularniejszym obiektem staje się sztuka, pozwalająca na rozłożenie ryzyka i dająca prestiż.

Prawdziwa wartość polskiego rynku sztuki może być tylko szacowana. Twarde wartości, konkretne kwoty podają tylko domy aukcyjne prowadzące licytacje. Poza tym obrót odbywa się za pośrednictwem galerii, jak również umów prywatnych. Dane, którymi dysponują bankierzy, sytuują krajowy rynek raczej w dolnych rejestrach rozmaitych zestawień. Trudno nie zauważyć, że obroty z takiej działalności nie należą ani do szczególnie wysokich, ani intensywnych.  Wartość transakcji aukcyjnych w 2017 roku przekroczyła bardzo wysoką, jak na obowiązujące standardy, „magiczną” granicę 200 mln zł. Tego rzędu przychody finansowe domy maklerskie ze sprzedaży jednostek uczestnictwa funduszy inwestycyjnych uzyskują w znacznie krótszym czasie – nawet w ciągu tygodnia.

Ale dynamika rozwoju rynku sztuki, w stosunku do innych, jest nieporównywalna i w ubiegłym roku na świecie osiągnęła ponad 25 proc. wobec poprzednich 12 miesięcy. Dużym zainteresowaniem cieszyły się prace tworzone współcześnie, które wyszły spod pędzla żyjących młodych artystów, ale także dawne, historyczne. W kraju najwięcej płacono za dzieła Jana Matejki (rekord wyniósł 3,7 mln zł) oraz Stanisława Wyspiańskiego (4,3 mln zł).  Skala wartości transakcji na świecie była jednak zupełnie inna. Obraz Leonarda da Vinci „Zbawiciel świata” sprzedano za 450,3 mln dol. Na drugim miejscu uplasowała się praca „Bez tytułu” Jean-Michela Basquiata, za którą anonimowy nabywca zapłacił 110,5 mln. Cały rynek odnotował 7,6 proc. wzrostu. – W Polsce to wciąż początkowa faza rozwoju, powijaki, nieco żartem można powiedzieć start-up – twierdzi Andrzej Rosłaniec z Alior Banku. – Bankowość prywatna widzi i docenia potencjał tego rynku, ale usługi finansowe w tym zakresie, póki co, ograniczane są raczej do ogólnej pomocy w wyborze specjalistów od konkretnego wehikułu niż szczegółowych rekomendacji. Banki zatrudniają finansistów, a nie historyków sztuki. Rozwinięcie obecnie usługi inwestowania w tego rodzaju przedmioty do rozmiarów takich jak w Nowym Jorku, Londynie, czy Hongkongu byłoby nieroztropne, nieracjonalne. Nie należy się spodziewać, by rentowność takiej inwestycji w krótkim czasie była wysoka. Ale obserwujemy, rzecz jasna, rynek sztuki z uwagą.

Usługa kompleksowa

W klasycznej, obowiązującej na całym świecie formule art banking (w skrócie AB), czyli oferowany w ramach bankowości prywatnej (PB) sposób bardzo elitarnego lokowania nadwyżek finansowych w dzieła sztuki obejmuje zarówno specjalistyczne, świadczone przez historyków, doradztwo, jak i pomoc w organizacji zakupu, wsparcie w zakresie finansowania, udział w ewentualnych licytacjach organizowanych przez domy aukcyjne oraz tworzenie właściwych, często niezwykle kosztownych, warunków przechowywania kupionych obiektów (nie każdy klient AB dysponuje odpowiednią powierzchnią ekspozycji o właściwych, rozmaitego rodzaju parametrach takich jak temperatura, wilgotność powietrza, nie mówiąc już o stosunkowo banalnych zabezpieczeniach przed kradzieżą). Klasyczna usługa ma zatem charakter kompleksowy, zaangażowanych w nią bywa nawet kilkunastu specjalistów. Takie inwestycje robione są na lata, bardzo często z myślą o następnych pokoleniach.

Inwestycje w sztukę, nietypowe inwestycje - magazyn Businessman, Businessman.plW Polsce zysk z przedsięwzięcia ogranicza model zakupów. Przedmioty bardzo rzadko nabywane są bezpośrednio od innych właścicieli, samych artystów albo poprzez wsparcie finansowe artysty, a najczęściej kupowane bywają w galeriach stacjonarnych mających z reguły najszerszy wybór, co pozwala w miarę szybko zrealizować zamiar. Od takich zakupów prowizje bywają drakońsko wysokie, sięgające nawet 20-30 proc. Oznacza to, że traktujący dzieło sztuki wyłącznie jako wehikuł pomnażania majątku w czasie inwestor już na tzw. wejściu musi brać pod uwagę całkiem poważną stratę. Zaraz po podpisaniu umowy nabyty przedmiot bywa o jedną czwartą mniej warty niż chwilę wcześniej, przed złożeniem sygnatury na dokumencie. – Na rynku sztuki wciąż największym problemem jest popyt – uważa Jan Andrzej Raczyński, niezależny analityk finansowy. – Polacy bogacą się co prawda bardzo szybko, ale ich horyzont zainteresowania alternatywnymi wehikułami inwestycyjnymi ledwo akceptuje takie precjoza jak złoto, nie mówiąc już o bardziej wyrafinowanych w rodzaju numizmatyki, wina, czy sztuki. Zbieranie prac dobrze rokujących, młodych artystów to dziedzina dla absolutnych hobbystów. Czasami fachowe doradztwo eksperta w tym zakresie kosztuje więcej niż samo dzieło.

Artefakt pod lupą

Za granicą zespoły zajmujące się wyłącznie AB są niewielkie, ale ma je w zasadzie każdy większy bank. Instytucje finansowe odnoszą wynikające z tego rozmaite, bardzo konkretne, choć nieoczywiste dodatkowe korzyści. Specjalizacja taka pozwala przyciągnąć do kas naprawę bardzo zamożnego klienta, któremu przy okazji można sprzedać inne instrumenty finansowe, dające już realne korzyści bankowi. Do takiego banku może on przenieść swoje konto osobiste, firmowe, polecić usługi innym osobom ze swojego środowiska itp. Po wtóre – popyt na sztukę w szybko bogacących się krajach takich jak Polska powinien rosnąć. Po światowym kryzysie 2008 roku w świadomości wielu inwestorów dzieła uzyskały status bardzo poważnych aktywów inwestycyjnych w portfelu tzw. inwestycji alternatywnych. Do Polski to myślenie też powoli dociera.

Ale krajowi inwestorzy wciąż bardziej poszukują instrumentów dających szansę na osiągnięcie maksymalnie wysokiego zysku w jak najkrótszym czasie. W strukturach PB polskich banków raczej trudno znaleźć profesjonalnego eksperta od sztuki. Klientów w tym zakresie, jeżeli w ogóle, obsługują raczej finansiści, którzy, ewentualnie, mogą sami skorzystać z bardziej profesjonalnej porady domu aukcyjnego, galerii, czy też, w najlepszym przypadku, zewnętrznej, współpracującej z instytucją finansową w ra mach swego rodzaju outsourcingu, firmy doradczej. Kompleksowa obsługa inwestowania w sztukę należy raczej do rzadkości. Roztropne lokowanie kapitału finansowego w sztukę musi zakładać w Polsce stosunkowo długi, szczególnie w stosunku do akcji i obligacji, horyzont czasowy, wyznaczany na ewentualny, a wcale nie pewny, zwrot z kapitału. – Tymczasem majętni obywatele koncentrują się raczej w ogromnej większości na gromadzeniu kapitału finansowego –           tłumaczy Raczyński. – AB przypomina więc w kraju raczej normalne, bardzo elitarne zakupy niezwykłych, niedostępnych na masowym rynku artefaktów niż inwestowanie w instrument finansowy. Inne są również zasady kolekcjonowania prac młodych, dopiero wchodzących na rynek, artystów, a inne –zabytkowych, historycznych artefaktów.

Fenomen Sasnala

Najbardziej zyskowne potencjalnie mogą być zakupy prac najmłodszych, najlepiej rokujących studentów Akademii Sztuk Pięknych. Dla laika wszystkie dzieła wyglądają podobnie: ot obrazek w ramie, bardziej lub mniej abstrakcyjny w formie. Specjalista jednak będzie w stanie dostrzec w nim nowatorski pomysł, koncepcję, myśl, czy zobrazowaną emocję. Jeżeli towarzyszy temu ciekawy, nieoczywisty, także nowatorski sposób prezentacji, wykonania dzieła, a sam artysta ma ciekawą, złożoną, medialną osobowość, która pomoże w promocji, to nadzieja na to, że w niedalekiej przyszłości jego prace mocno zyskają na wartości, rośnie.

Inwestycje w sztukę, nietypowe inwestycje - magazyn Businessman, Businessman.plTak było na przykład z Wilhelmem Sasnalem, w swojej twórczości łączącym świat malarstwa, komiksu i filmu. W latach 1992-94 studiował architekturę na Politechnice Krakowskiej, by w rezultacie ukończyć wydział malarstwa tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych. Obecnie uznawany jest za czołowego przedstawiciela tzw. pokolenia przełomu ustrojowego. Jego prace, szczególnie z okresu działalności w legendarnej już grupie Ładnie, określane są terminem „pop-banalizm”. W dziełach artysty pojawiły się wtedy tematy przenoszone na płótna wprost z obszarów zwykłej, banalnej, oczywistej codzienności, takie jak ekran telewizora i komputera, kolorowy magazyn dla kobiet, ulotka reklamowa, czy też przedmioty znane w zakresie estetycznego doświadczenia pokolenia przełomu, takie jak na przykład okładki płyt czy komiksów, T-shirty zespołów rockowych, rowery, samochody, ale również zdjęcia obrazujące ważne, mające wtedy miejsce i szeroko opisywane przez media, spektakularne wydarzenia: katastrofy (zatonięcie okrętu „Kursk”), sytuacje z życia towarzysko-prywatnego. W twórczości Sasnala z tamtego okresu pojawiają się także bardziej lub mniej bezpośrednie odniesienia do sztuki współczesnej, na przykład do obrazów Jerzego Nowosielskiego. Dzieła artysty początkowo nie cieszyły się wielkim uznaniem ani ekspertów, ani kolekcjonerów sztuki. Podobnie jak prace innych były wyceniane maksymalnie na kilka tys. zł.

Wyraźny przełom w karierze artystycznej Wilhelma Sasnala nastąpił w roku 2002, kiedy to Fundacja Galerii Foksal zaprezentowała monograficzną wystawę jego prac na targach Art Basel. Obrazy krakowskiego artysty wzbudziły ogromne zainteresowanie, a jeszcze w tym samym roku Sasnal dostał zaproszenie do udziału w bardzo prestiżowych, międzynarodowych wystawach malarstwa. Wkrótce otrzymał propozycje indywidualnych wystaw retrospektywnych (pokazujących całą twórczość) w Kunstverein (Muenster) i Kunsthalle (Zurych). Pozycja artysty w światowym obiegu sztuki zaraz potem stała się na tyle znacząca, że jego prace weszły do kanonu (wiodącego kierunku) nowego malarstwa europejskiego. Sasnalem zainteresowały się kolekcje sztuki współczesnej, a w prestiżowych pismach specjalistycznych takich jak „Parkett”, czy „Frieze” pojawiły się teksty dotyczące jego twórczości ilustrowane, bardzo często na okładkach, reprodukcjami najbardziej udanych, w ocenie historyków sztuki i specjalistów, prac. Ceny obrazów poszybowały więc w górę. Szczęśliwcy, którzy dostrzegli artystę w młodym adepcie malarstwa na początku lat 90. i zainwestowali w kupno jego obrazu, mogli zacierać ręce, inkasując ponad stukrotne przebicie. Obecnie prace Wilhelma Sasnala cieszą się uznaniem na całym świecie, stanowią części najbardziej prestiżowych kolekcji i rzadko sprzedawane są za mniej niż 100 tys. zł.

Czytanie sztuki

Na takie „strzały” jednak nie ma co liczyć, ryzyko lokowania oszczędności w dzieła sztuki adeptów malarstwa najczęściej jest znacznie większe niż prace uznanych, historycznych twórców, nie zdobywając renomy, nie rozwija przysłowiowych skrzydeł. Nie znajdując wystarczającego popytu na swoje prac, szybko zaprzestaje działalności bądź ogranicza ją do hobby, ciekawego, ale bardzo osobistego zajęcia wykonywanego na potrzeby własne lub ścisłego kręgu rodziny, przyjaciół, znajomych. Na takich dziełach w zasadzie zarobić się nie da. Po kilku latach byli artyści zajmują się zupełnie inną działalnością, ich nazwiska przestają być kojarzone ze sztuką, stają się zupełnie anonimowe. W najlepszym razie, gdy zajęcie wykonywane jest w ramach pasji, artyści rezygnują z kosztownej, ale niezbędnej, podobnie jak na wielu innych rynkach, promocji, udziału w wystawach. Nawet największy, z punktu widzenia specjalisty, talent w warunkach niedostatku nie rozkwitnie, a więc nie spowoduje efektu przyrostu zainwestowanego kapitału. Trudno mówić, że będzie atrakcyjnym nośnikiem wartości dla inwestora finansowego, mającego sentyment do tego rodzaju przedmiotów, ewentualnie poprzez kupowanie dzieł sztuki budującego swoją pozycję, renomę i prestiż w środowisku. Dlatego kluczową rolę w AB pełni profesjonalna wiedza na temat sztuki, aktualnych, a najlepiej rodzących się trendów. Laik bardzo łatwo może zainwestować ogromną sumę pieniędzy w „produkcje, które mu się podobają”, ale z punktu widzenia specjalistów – są bezwartościowe. Ważną rolę w profesjonalnym AB pełnią więc renomowane domy aukcyjne, uznani kolekcjonerzy, a przynajmniej absolwenci kierunków studiów humanistycznych, przede wszystkim historii sztuki i pokrewnych. Sami finansiści zajmują się tylko sprzedażą usług i bezpośrednią, pozamerytoryczną obsługą klienta. W Polsce jednak pracy dla „specjalistów od sztuki” w instytucjach finansowych jest mało (w zasadzie w ogóle jej nie ma). W bankach międzynarodowych, szukających oszczędności po ostatnim kryzysie, działy zajmujące się AB również nie są rozwijane. Jakiś czas temu z tego rodzaju usług słynął UBS, w którym sam dział inwestycji w sztukę zatrudniał kilkanaście osób. Jednak po załamaniu finansowym, które w niemałym stopniu, jak wiadomo, dotknęło także UBS, ograniczono się do głównego biznesu, a w działach nie związanych bezpośrednio z inwestycjami finansowymi przeprowadzono cięcia zatrudnienia. Wszyscy doradcy AB, nieposiadający ścisłego wykształcenia finansowego, stracili pracę w ciągu niespełna dwóch tygodni. W Polsce stanowisk pracy wyłącznie związanych z prowadzeniem AB nie ma właściwie wcale. Usługi bywają częścią PB albo wealth management, lecz prowadzone są przez finansistów mających raczej niewielkie pojęcie o sztuce, dysponujących najwyżej namiarami na renomowane galerie lub domy aukcyjne, które każdy i tak może łatwo i z odpowiednią rekomendacją znaleźć w Internecie.

Problemem jest niedoinwestowanie AB w krajowych bankach. Aby banki poważnie mogły zająć się tą dziedziną, muszą przeznaczać na to odpowiedni budżet. Zwykle jednak kwoty te są przeznaczane na pensje bankierów. Trudno zatrudniać specjalistów od sztuki, niemających raczej pojęcia o inwestowaniu, ekonomii, ale doskonale „czytających” sztukę. Na polskim rynku tego rodzaju fachowcy bardzo rzadko są związani z konkretną, komercyjną instytucją finansową. Sami także nie ułatwiają takiej kooperacji. Sztuka to rozległa dziedzina. Na rynku nie ma w zasadzie specjalistów „od wszystkiego”. Poszczególne osoby są ekspertami w swoich dziedzinach: od danego kierunku, okresu, czasem nawet jednego nazwiska. – Na studiach ekonomicznych można uczyć się o nieruchomościach, surowcach, papierach wartościowych, ale nie ma kierunków „ogarniających” pod kątem finansowym sztukę – wskazuje Raczyński. – Tych kierunków, ściśle finansowego i humanistycznego, być może nie da się w sposób profesjonalny ze sobą połączyć.

Granica zarobku

W przypadku starszych dzieł sztuki powody bywają bardziej prozaiczne. Sporą barierą jest wprowadzony jeszcze w latach 90. zakaz wywozu dzieł sztuki za granicę, którego powodem była chęć zachowania w kraju mocno przetrzebionych na skutek dwóch wojen światowych zabytków. Restrykcje spowodowały jednak, że Polska została w zasadzie wyłączona ze światowego rynku sztuki. Swoich przedstawicielstw nad Wisłą nie rozwijają renomowane, zagraniczne domy aukcyjne.

Obecne przepisy reguluje Ustawa o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami z 2003 roku, jej kolejne nowelizacje oraz Rozporządzenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z 2011 roku. Zabytki ruchome zostały podzielone na trzy kategorie: nieobjęte zakazem, wymagające pozwolenia oraz objęte restrykcjami. Dokumenty określają przede wszystkim przedziały wieku i wartości danego dzieła, na którego wywóz wymagane jest pozwolenie. Prace malarskie w technice olejnej, których wiek przekracza 50 lat, a wartość – 40 tys. zł, zgodnie z ustaleniami ustawy, wymagają zezwolenia wystawianego przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Poszczególne kategorie zabytków mają różne tego rodzaju progi wieku i wartości.

Podczas przekraczania granicy trzeba mieć dokument pozwalający na identyfikację, określający zarówno wartość, jak i czas powstania. Może to być wycena upoważnionej do tego instytucji lub podmiotu gospodarczego, faktura zakupu, potwierdzenie wwozu (importu) zabytku na teren RP lub ubezpieczenie. Wartość w dokumencie wyceny jest definiowana jako ostateczna kwota należna sprzedawcy obiektu (zawierająca wszelkie dodatkowe opłaty i prowizje). Jeśli obraz olejny został na przykład wylicytowany na kwotę 35 tys. zł w domu aukcyjnym, to do jego wartości na fakturze zakupu muszą być doliczone opłaty aukcyjne (ok. 18 proc.). Zdarza się, że sama wartość przedmiotu pozwala na wywóz, ale już w połączeniu z dodatkowymi opłatami uniemożliwia taką operację.

Według przepisów ustawy podczas kontroli granicznej funkcjonariusz celny musi dokonać oceny, czy dany obiekt spełnia kryterium wieku i wartości pozwalające na wywóz bez zezwolenia. W chwili gdy cechy przedmiotu sugerują, że może on takiego pozwolenia wymagać, organy celne mogą zażądać okazania wspomnianego we wcześniejszym akapicie dokumentu wyceny lub faktury. Rozszerzenie kompetencji strażników celnych znacznie usprawniło proces kontroli granicznej. Według Ustawy w jej brzmieniu przed 2010 rokiem (czyli przed wprowadzeniem opisywanych już zmian upraszczających kwestię wywozu) wywóz każdego zabytku starszego niż 55 lat wymagał urzędowego zezwolenia. Doprowadzało to do absurdalnych sytuacji, gdzie podczas kontroli granicznej zatrzymywano doniczkę stylizowaną na antyczną kupioną w markecie ogrodniczym, bo właściciel nie posiadał zgody na wywóz.

Kary za nielegalny wywóz zabytku za granicę bywają drakońskie. Tylko jeśli sprawca działa nieumyślnie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo jej pozbawienia do dwóch lat. W pozostałych przypadkach kara wynosi od trzech miesięcy do nawet pięciu lat więzienia. Sąd przy okazji może orzec także przepadek zabytkowego przedmiotu, nawet jeżeli nie jest on własnością sprawcy.

Tagi
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *