ŁADOWANIE

Wpisz by wyszukać

Co w Trumpie piszczy

Udostępnij

Życie i kariera Donalda Trumpa mają w sobie niewiele z modelu self-made mana, który prezydent elekt lubi sobie przypisywać. Dotyczy to zarówno jego sukcesów biznesowych, jak i politycznych.

„Częstokroć, kiedy spałem z jedną z tych top modelek z całego świata, mówiłem do siebie, przypominając sobie tego chłopaka z dzielnicy Queens, którym byłem: Uwierzysz, co mi się trafiło?” – wzdychał Donald Trump na kartach swojego qu­asi-poradnika „Think Big: Make It Happen In Busi­ness And Life”. Ale w tym micie mało jest prawdy.

Frederick Christ „Fred” Trump, czyli ojciec dzi­siejszego prezydenta elekta, nie był bynajmniej jakimś prostym robotnikiem z Queens. Ten sprawny biznesmen dorobił się niebagatelnego majątku, budując i z sukcesem sprzedając mieszkania dla amerykańskich żołnierzy, walczących na frontach II wojny światowej oraz dla ich rodzin. Gdy przy­szły prezydent przychodził w 1946 r. na świat, rodzinna firma już całkiem nieźle prosperowała.

O ironio, Donald uniknął pokoleniowe­go doświadczenia – wojny w Wietnamie – ze względu na chorobę stopy i wynikające z tego kilkukrotne odroczenie służby. Zaświadczenie le­karskie nie wykluczało, rzecz jasna, kariery w ojcow­skiej firmie: dziedzic rodzinnej fortuny wylądował w niej wkrótce po skończeniu studiów w stosun­kowo prestiżowej Wharton Business School przy uniwersytecie w Pensylwanii. I już trzy lata póź­niej ojciec mianował go szefem Elizabeth Trump & Son Co., firmy koncentrującej się wówczas na wynajmie powierzchni. Trudno zatem uznać jego pierwsze kroki w biznesie za stanowisko pucybuta.

Podobnie jak trudno uznać jego dalszą karierę za pasmo samych sukcesów.

“Kierowanie firmami Trumpa mają przejąć jego dzieci, on sam zapowiedział, że wycofa się z biznesu: „Prezydentura to zadanie ważniejsze”.”

Trump, czyli marka

Trump Tower - Co w Trumpie piszczy Businessman.plZaczęło się nie najgorzej: przemianowana na The Trump Organization firma przeorientowała się z nieruchomości przeznaczonych dla klasy średniej na znacznie bardziej luksusowe rezy­dencje, apartamenty oraz mieszkania, których budowę dofinansowywała Federal Housing Ad­ministration. Zamiast lokalizacji położonych na obrzeżach miast, Trump wolał miejsca o znacznie większym prestiżu – zwłaszcza w Nowym Jorku. W 1980 r. połączył siły z Holiday Inn, by wybudo­wać kompleks hotel plus kasyno w Atlantic City, owo sławetne Trump Plaza, za ćwierć miliarda dolarów. Potem przyszła kolej na Trump Castle – za 320 mln dol.

Jednak nosił wilk razy kilka… i przeszarżował. Gwoli sprawiedliwości dodajmy, że poważne pro­blemy tylko częściowo były winą samego Donal­da Trumpa. Prezydentura Busha seniora była dla Ameryki okresem hamowania gospodarki. Rynek nieruchomości w Nowym Jorku wpadł w dołek, a w rada miejska w końcu zaczęła pchać Trump Organization kij w szprychy, blokując zaplanowa­ne inwestycje. Z drugiej jednak strony w lata 90. firma wchodziła z długami rzędu 9 mld dol. Same tylko osobiste długi dzisiejszego prezydenta do­biły kwoty 975 mln dolarów.

Jednocześnie jednak wciąż stał na czele po­tężnej biznesowej machiny – choć zadłużonej po uszy. Trump poszedł na układy z kilkudziesięcio­ma bankami i innymi wierzycielami, na kolejną dekadę wikłając się w skomplikowane umowy co do spłaty długów, umorzenia niektórych czy zaciągania pożyczek na nowe przedsięwzięcia. I jakoś się wykaraskał. Poza tym już wówczas trak­tował swoje nazwisko jako brand: stąd kolejne książki w formule poradników biznesowych, sieć pól golfowych w całej Ameryce, konkurs Miss America, nawet planszówka utrzymana w styli­styce „Monopoly”. Wszystko sygnowane bran­dem „Trump” – i czasem bardzo dochodowe. Tylko książeczka „Trump: The Art of Deal” przez rok wisiała na topie listy bestsellerów „The New York Times”. Ukoronowaniem tej „monetyzacji brandu w show-biznesie” był program „The Ap­prentice”: dla jednych symbol brutalnego kapi­talizmu, dla innych popisowy przykład tego, co za chwilę będzie codziennością Białego Domu.

„The Apprentice” nie sposób zlekceważyć – to program, którego uczestnicy ubiegają się o pracę w firmach Trumpa, a zwycięzca otrzyma upragnione stanowisko – był nie tylko popisem przedsiębiorczości kandydatów (ewentualnie: bandy karierowiczów), ale i koncertowym występem Trumpa – od seksistowskich aluzji po tyrady na temat przyszłości Ameryki. Można śmiało zakładać, że jego dzisiejsi wyborcy byli widzami „The Apprentice” oraz „The Celebrity Apprentice”. Tak czy inaczej, obie serie przyniosły miliarderowi co najmniej 214 mln dol. czystego zysku. A co ważniejsze, stały się marke­tingowym wehikułem brandu „Trump”.

Ten brand najtrudniej będzie przekazać dzie­ciom, co Trump ma zamiar zrobić zapewne jesz­cze przed zaprzysiężeniem – oficjalnie ogłasza­jąc konkretne decyzje 15 grudnia, na specjalnej konferencji. Zgodnie z zamierzeniami prezydenta elekta wszystkie firmy imperium zostaną przeję­te przez pełnoletnich potomków magnata (jest ich dziś trójka: Donald Jr., Eric i Ivanka), a on sam „skoncentruje się” na Białym Domu, choć nie jest też jasne, kto i co z imperium magnata przejmie. – On całkowicie wychodzi z biznesu, przekazuje go rodzinie – nie pozostawiał jednak wątpliwości Jason Miller, rzecznik Trumpa. – Jest bardzo sku­piony na przejęciu prezydentury. To jego jedyny cel i jedyna rzecz, jaką się teraz martwi. A zajmie trochę czasu, zanim wszystko trafi na właściwe miejsce – dodawał. Inna sprawa, że ogłoszenie tej decyzji nie zamknęło ust krytykom miliardera: wciąż spekulują na temat potencjalnego konflik­tu interesów.

Kampania pod znakiem tacos

Jest co rozdawać. Dzisiaj zwykło się szacować majątek Trumpa na 3,3-3,9 mld dol. – przy czym te szacunki są oparte przede wszystkim na jego własnych deklaracjach. Mniej przychylne mu media sprowadzają te kwoty do – w najlepszym przypad­ku – setek milionów. Czyli, powiedzmy, dziesiątej części tych miliardów. To oczywiście wciąż niemało – i zapewne jakaś część tego majątku oliwiła na początku kampanię prezydencką.

„Naprawdę lubię braci Koch (są członkami mo­jego P. B. Club), ale nie chcę ich pieniędzy ani nicze­go innego. Nie da się uzyskać wpływów u Trum­pa” – twittował kandydat u progu kampanii, przy innej okazji nazywając swych republikańskich ry­wali (rzeczywiście wdzięczących się do słynnych sponsorów) ze skrajnego skrzydła partii mianem „marionetek”. – Politycy są w pełni kontrolowani – kontrolowani przez lobbystów, przez donatorów i przez grupy interesu. W pełni – dorzucał w wy­stąpieniach. Elektorat to pokochał, zwłaszcza, że Trump nie odpuszczał i co jakiś czas donosił, ile znowu wyłożył z własnej kieszeni na kampanię – a to kilkadziesiąt, a to sto milionów.

I rzeczywiście, te pieniądze zostały przelane. Jak doliczyło się w lipcu NPR, amerykańskie publiczne radio, do tego momentu nowojorski magnat sam sfinansował 72 proc. kosztów swej kampanii – dał 45,7 mln dol. na samą kampanię oraz 63,3 mln na bieżące koszty. Potem jednak przeprosił się z finansową machiną republikanów: pieniądze dla niego zaczęły zbierać tzw. PAC, czyli komitety wyborcze tworzone przez partie na potrzeby zbierania środków od donatorów. Dodajmy: tych samych, których Donald gromił w tweetach. Zameldował się u innego możnego magnata prawicy, Sheldona Adelsona, a w akcjach na jego rzecz zaczął brać udział William Koch – trzeci z braci Koch, skłócony nieco z rodzeństwem, ale nie odstający od niego ideologicznie. Od mało zamożnych wyborców udało się też zebrać co najmniej około 70 mln dol.

Co ciekawe, pieniądze zaczęły też przepływać w odwrotną niż dotychczas stronę: kierownicy kampanii nie mieli większego kłopotu, by na jej potrzeby – odpłatnie – wynajmować np. rezydencję Trumpa Mar-a-Lago w Palm Beach czy pomiesz­czenia w Trump Tower. Tysiące dolarów wydano na książki sygnowane nazwiskiem magnata czy wynajem jego samolotu na cele kampanii. Marka Trump też nie miała się źle – na rynku pojawiły się choćby tacos sygnowane nazwiskiem kandydata, a on sam chętnie się z tym produktem fotografo­wał. Według serwisu Politico w połowie września na konta rozmaitych firm Trumpa wróciło w sumie ponad 8 mln dol.!

“Rozpoczynając kampanię, Donald Trump faktycznie finansował ją większości z własnych pieniędzy. Ale potem zaczęły one płynąć także w drugą stronę.”

Atrium - Co w Trumpie piszczy businessman.plAle też było już z czego zaczerpnąć. Gdy Trump został oficjalnym kandydatem republikanów, u jego boku zaczęli się pojawiać ci sami donatorzy, którzy zawsze kręcili się wokół partii. O Adelsonie już wspomnieliśmy, ale do ucha szeptał mu także nowojor­ski inwestor o republikańskich sympatiach, Robert Mercer i jego córka, Rebekah, którzy nadzorowali powstawanie PAC oraz z sukcesem przekonywali go do zmian w sztabie kampanii. W tle pojawiali się też miliarder Joe Ricketts oraz Diane Hendricks, najbogatsza kobieta stanu Wisconsin, która od lat nie szczędziła swoich pieniędzy na wszelkie kam­panie wymierzone w demokratów. Ba, choć bracia Koch – ci, którzy na co dzień kręcą polityką, czyli Charles i David – nie zgodzili się nawet spotkać z Trumpem (może czytali wspomniane tweety), to gdzieś w tle pojawiały się także ich pieniądze: wiceprezydentem elektem u boku Trumpa jest ich wieloletni protegowany, Mike Pence.

To właśnie Pence, dotychczasowy gubernator stanu Indiana, może się okazać kluczowym rozgrywającym w nowej administracji, przynajmniej jeżeli chodzi o realizację programu gospodarcze­go ekipy Trumpa. O tym bowiem, tak naprawdę, niewiele wiadomo. Na rezultat wyborów poszcze­gólne branże reagowały w najróżniejszy sposób: od raptownych spadków notowań po gwałtowne wzrosty.

Giełda za Atlantykiem spadła, co prawda o 5 proc., ale stopniowo odrabia straty. Najbardziej stratne były koncerny motoryzacyjne – Trump zaczynał przecież kampanię od obietnicy zablo­kowania inwestycji Forda w Meksyku, a późniejsze deklaracje na temat muru na granicy metaforycz­nie oznaczały też tamę dla wypływu produkcji motoryzacyjnej za południową granicę. Trudno się zatem dziwić, że po kieszeni oberwali zarów­no amerykańscy producenci, jak również Japoń­czycy – akcje Nissana, Toyoty i Hondy spadły od 6,5 do 7,8 proc.

“Pierwsze kroki przyszłego prezydenta w biznesie bardzo trudno byłoby uznać za stanowisko pucybuta.”

Z drugiej strony zyskały te branże, które brała na celownik Hillary Clinton. Najlepszym przykła­dem mogą być farmaceutyki – po kilku spektaku­larnych przypadkach, kiedy jakiś koncern raptow­nie podnosił cenę popularnego leku, kandydatka demokratów miała zamiar prawnie uniemożliwić takie praktyki. Ze zbliżonych powodów cieszą się bankierzy – nie będzie dla nich dodatkowych rygorów. Podobnie w branży prywatnego wię­ziennictwa (od lat utyskiwano na warunki, jakie zapewniają przetrzymywanym „prywaciarze”, ale Trump na pewno nie będzie tu stawiał wymagań). Na szumnych zapowiedziach budowy muru na granicy z Meksykiem zyskał producent maszyn i pojazdów budowlanych – Caterpillar (firma, któ­ra, o ironio, produkuje też w Meksyku).

– Charakterystyczną cechą prezydentury Do­nalda Trumpa będzie pewien stopień pragmaty­zmu – zapowiada główny ekonomista JP Morgan Asset Management, David Kelly. Jak twierdzi, nowy lokator Białego Domu ani nie pozrywa porozumień o wolnym handlu, ani też nie będzie blokować no­wych (czego pierwszym sygnałem była łagodna mowa po ogłoszeniu wyniku wyborów). Tu zresztą zaczyna się rola Mike’a Pence’a: bracia Koch i spora grupa lepiej sytuowanych sponsorów środka oraz skrajnego skrzydła republikanów nie przepada za traktatami zmierzającymi do ograniczenia emisji gazów, za narzucaniem ciężkiemu przemysłowi jakichkolwiek ograniczeń czy za podatkami. Nie przepada też za administracją federalną. To pola, na których zaplecze Trumpa – w szczególności związane z frakcją Tea Party – może ugrać naj­więcej. Czy to jednak uczyni Amerykę na powrót wielką? Pożyjemy, zobaczymy.

 

Autor: Mariusz Janik

Tagi:
Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *