ŁADOWANIE

Wpisz by wyszukać

Udostępnij

Nowy Jedwabny Szlak, gigantyczny rynek dla polskich produktów, z jabłkami włącznie, wielomiliardowe inwestycje – w ostatnich latach Polska zaczęła szeroko otwierać drzwi dla chińskich firm i dyplomatów. O ironio, to trend odwrotny do tego, co dzieje się na świecie.

Artykuł opublikowany w magazynie Businessman nr 3-4/2017

Z ubiegłorocznej wizyty za Wielkim Murem minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski wrócił rozentuzjazmowany. – Poza rozmowami politycznymi mieliśmy okazję spotkać się również z chińskim biznesem, przedstawicielami czołowych firm. Niektóre już są w Polsce, niektóre zapowiadają przyjście do Polski – opowiadał dziennikarzom po powrocie. – Rozmawialiśmy o bardzo konkretnych projektach, m.in. o rozbudowie lotnisk czy powstaniu nowych, o nowych szlakach komunikacyjnych, zarówno o drogowych, jak i kolejowych, rozbudowie portów. Oczywiście, dużo było o gospodarce innowacyjnej, elektronice, tzw. sektorze IT – wyliczał. Ba, szef polskiej dyplomacji rozważał też potencjalny udział Chin w budowie polskiej elektrowni atomowej.

I rzeczywiście, gdy dwa miesiące później w Polsce pojawił się prezydent Xi Jinping, jego wystąpienia skrzyły się od obietnic. Xi przypomniał, że władze w Pekinie już w 2012 r. otworzyły dla rodzimych firm zainteresowanych projektami infrastrukturalnymi w Europie Środkowej linię kredytową wartości 10 mld dol. – W celu zwiększenia inwestycji będą mogły ją wykorzystywać obie strony – podkreślał w Warszawie chiński przywódca. – Chodzi m.in. o obszary energii, transportu, logistyki, infrastruktury i telekomunikacji – dodawał.

Nowy Jedwabny Szlak, Chiny, Belt and Road Initiative - magazyn Businessman, Businessman.pl

Pod względem kapitalizacji rynkowej,
wielkości depozytów, zysku, wartości marki czy bazy klientów ICBC pretenduje do miana
największego banku na świecie.

W naszym kraju od roku toczy się dyskusja na temat tego, czy Polska potrzebuje zagranicznych inwestorów i jak wiele im zawdzięcza. O dziwo, kontrowersje wokół tego tematu nie obejmują w ogóle kwestii napływu przedsiębiorstw i kapitału z Państwa Środka. Koncepcja nowego Jedwabnego Szlaku wywołuje nad Wisłą przede wszystkim nadzieje, prawie nigdy nie obawy. W niepamięć stopniowo odchodzi nawet historia zaangażowania konsorcjum Covec przy budowie autostrady A2, z fatalnym finałem.

Banki wkładają nogę w drzwi

Co warto zaznaczyć: klimat przychylności dla chińskiego biznesu w Polsce nie narodził się w ubiegłym roku i nie jest specyficzny dla obecnego rządu. – Polska, jako kraj, który stosuje politykę otwartych drzwi dla Chin, ma szanse stać się jedną z głównych bram chińskiego biznesu do Europy – mówił już w 2011 r. podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego ówczesny prezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, Sławomir Majman. – Chcę uspokoić odbiorców naszych inwestycji: chiński inwestor szanuje przepisy i jest solidnym inwestorem – sekundował mu ambasador Państwa Środka w Polsce, Sun Yuxi.

Od tamtej pory drzwi zaczęły uchylać się coraz szerzej. Nad Wisłą pojawił się najważniejszy z banków zza Wielkiego Muru – Bank of China, a wkrótce po nim kolejny silny gracz – Industrial and Commercial Bank of China (ICBC). Dla niektórych ten drugi był wręcz ważniejszy: pod względem kapitalizacji rynkowej, wielkości depozytów, zysku, wartości marki czy bazy klientów ICBC pretenduje do miana największego banku na świecie. Jeszcze w sierpniu 2015 r. gabinet Ewy Kopacz wyraził zgodę na podpisanie umowy umożliwiającej przystąpienie Polski do Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB) – projektu Pekinu, mającego w dłuższej perspektywie stanowić alternatywę dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy Banku Światowego, w których to instytucjach Pekin ma znacznie mniejszą siłę przebicia. Polski udział w AIIB przypieczętował wiosną ubiegłego roku już następny rząd – Beaty Szydło.

Pojawianie się chińskich banków nad Wisłą było zwiastunem nadchodzącego „nowego”. Już wówczas eksperci zgodnie przewidywali, że BoC czy ICBC nie będą uganiać się za oszczędnościami polskich ciułaczy, lecz skierują swoją ofertę do biznesu – najlepiej swojego rodzimego, który chciałby zapuścić w Polsce korzenie. Tak też się stało. Już kilka lat temu chińscy inwestorzy przejęli w Polsce hutę Stalowa Wola i jedną ze spółek firmy z sektora motoryzacyjnego – Delphi. Od pięciu lat jest w Polsce obecny chiński koncern motoryzacyjny BYD, specjalizujący się w konstruowaniu pojazdów elektrycznych, przede wszystkim autobusów. BYD zaangażował się nad Wisłą w ostrą rywalizację z naszym rodzimym Solarisem – nie bez efektów: Chińczycy wygrali m.in. przetarg na autobusy elektryczne w Warszawie. Sugerowali też budowę w naszym regionie Europy dwóch fabryk autobusów elektrycznych – jak już wiemy od października, jedna powstanie na Węgrzech. Druga może powstać w Polsce. Z kolei w Biotonie – niegdysiejszej nadziei biznesowego imperium Ryszarda Krauzego, producencie genetycznie modyfikowanej ludzkiej insuliny – od półtora roku trwa stopniowe przechodzenie kontroli w ręce właściciela korporacji NovoTek Pharmaceuticals, Jubo Liu – który nawet na początku tego roku przejściowo pełnił funkcję prezesa firmy, a docelowo chce być wiodącym akcjonariuszem firmy.

Pół miliarda do wzięcia

Jednak to był zaledwie początek, nomen omen, wielkiego marszu. Latem ubiegłego roku, ledwie tydzień po wizycie prezydenta Xi w Polsce, padł inwestycyjny rekord: za 123 mln euro chińska korporacja Everbright International przejęła polską spółkę Novago – producenta alternatywnego paliwa RDF i biogazu z Mławy, zajmującego się też zbiórką, składowaniem i przetwarzaniem odpadów komunalnych. To była największa pojedyncza chińska inwestycja w Polsce, choć dla mającej do dyspozycji 19 mld dol. chińskiej firmy pewnie jest to zaledwie przyczółek do dalszych przejęć w regionie CEE.

O ile zakup Novago mógł umknąć uwadze przeciętnego Polaka, to już ewentualne przejęcie PLL LOT przez Air China odbiłoby się pewnie nad Wisłą szerokim echem. A Chińczycy, obok Szwajcarów, Turków i Amerykanów, są jednym z najchętniej rozważanych inwestorów dla polskich linii lotniczych. W sierpniu ubiegłego roku przedstawiciele obu linii usiedli do stołu negocjacyjnego. Tamte rozmowy przyniosły niewielkie efekty (jeżeli nie liczyć tego, że Air China zaczęły realizować rejsy do Polski). Ale o możliwości takiej akwizycji mówił jeszcze w październiku w wywiadzie dla PAP minister nauki Jarosław Gowin. Innymi słowy: taka opcja najpewniej wciąż pozostaje na stole.

Bez większego wahania dalekowschodni inwestorzy wchodzą w polską energetykę. Ledwie na początku listopada ubiegłego roku gruchnęła wieść o porozumieniu spółki Prairie Mining z China Coal (to druga co do wielkości w Chinach firma w tym sektorze). W efekcie akcje tej pierwszej spółki poszły na GPW w górę o dobre 30 proc. Dzięki współpracy z Chińczykami na Lubelszczyźnie ma powstać kopalnia Jan Karski, tuż obok LW Bogdanka. W pierwszej połowie tego roku ma powstać studium wykonalności, a prace – prowadzone przez spółkę zależną chińskiej korporacji – ruszą wkrótce później. Najdalej w 2024 r. ma rozpocząć się wydobycie. Inwestycję sfinansują chińskie banki.

I nie jest to bynajmniej pierwszy taki przypadek. Niemal cztery lata temu Pinggao Group – jeden z potentatów w obszarze budowy infrastruktury – zdobył zamówienie na budowę „autostrad energetycznych” w północnej Polsce. Pinggao to spółka zależna państwowego chińskiego giganta, State Grid Corporation of China (firmy, która zatrudnia… 1,5 mln osób!).

Nietrudno zgadnąć, że naszym rodzimym przedsiębiorcom harce chińskich inwestorów są nie w smak. – Krajowa branża nie jest uszczęśliwiona faktem wejścia Chińczyków na rynek – komentował zdobycze Pinggao prezes Energoprojektu Kraków, Piotr Molski. Do dziś, gdy mowa o ekspansji przedsiębiorstw zza Wielkiego Muru, przypomina się wspomniany blamaż, jakim skończył się niesławny autostradowy kontrakt z Covec.

Mało kto jest gotów przyznać, że Chińczycy od tamtego czasu się zmienili – ich strategia, polegająca na wygrywaniu przetargu drastycznie niższą ceną, a następnie renegocjacji kontraktu w trakcie budowy, to już przeszłość. Dziś firmy z Państwa Środka wciąż konkurują cenowo – bo kryterium najniższej ceny wciąż odgrywa decydującą rolę na rynku zamówień publicznych – ale ich stawki są już stosunkowo zrównoważone i zazwyczaj ostateczne. Tak czy inaczej, w grę wchodzą olbrzymie pieniądze – Pinggao za budowę dwóch wielkich sieci przesyłowych w północnej Polsce zarobi zapewne 0,5 mld zł.

Atmosfera gęstnieje

Nowy Jedwabny Szlak, Chiny, Belt and Road Initiative - magazyn Businessman, Businessman.pl

W wyniku porozumienia
Prairie Mining z China Coal na Lubelszczyźnie ma powstać kopalnia Jan Karski, tuż obok LW Bogdanka.

Paradoksalnie, chińskich inwestorów może zacząć w Polsce przybywać nie tylko dlatego, że nasz kraj jest dla nich aż tak atrakcyjny, ale także dlatego, że przedsiębiorstwa zza Wielkiego Muru… przestają być mile widziane na świecie. Prym w trzymaniu ich na dystans będą pewnie wkrótce wiodły Stany Zjednoczone. Przywództwo Trumpa przyspieszy ten trend, ale Amerykanie już wcześniej zaczęli patrzeć na ekspansję Chińczyków z coraz większymi obawami. „Należy wprowadzić zmiany prawne, umożliwiające monitorowanie działań handlowych Wanga Jianlina” [magnata w branży rozrywki i mediów, który stał się w ostatnich miesiącach kluczowym rozgrywającym w Hollywood – red.] – apelowała do prokuratora generalnego w październiku ub. r. grupa kongresmenów pod wodzą Johna Culbersona z Teksasu. – „Jego działania mogą mieć poważne skutki dla amerykańskich mediów” – przekonywali autorzy apelu.

I chociaż chińskich inwestycji za Atlantykiem przybywa w błyskawicznym tempie, to równie szybko rośnie liczba umów, które nie doszły do skutku lub zostały anulowane pod presją amerykańskich władz. Być może w tym roku komisja China Economic And Security Review Commission zarekomenduje Kongresowi przeforsowanie przepisów, pozwalających zastopować każdą umowę, której stroną byłyby państwowe firmy z Chin. Amerykanie nie wahali się utrącić nawet porozumienia o zakupie przez chińskiego inwestora wartej niemal 3 mld dol. firmy oświetleniowej Royal Philips NV.

Nie inaczej jest w Starym Świecie: jak szacują analitycy Grisons Peak, europejskie rządy zablokowały do tej pory transakcje z udziałem chińskich inwestorów o łącznej wartości ok. 40 mld dol. – w tym np. przejęcie niemieckiej firmy technologicznej AIXTRON. Przy sprzedaży Chińczykom niemieckiego producenta robotów przemysłowych Kuka transakcji nie zablokowano, ale wicekanclerz i szef SPD Sigmar Gabriel jasno dał do zrozumienia, że Niemcy chętnie widzieliby jakąś kontrofertę dla chińskiej. Przywołaną wartość anulowanych transakcji można by podwoić z okładem, gdyby dorzucić próby zablokowania przez Brukselę przejęcia znanej szwajcarskiej firmy Syngenta przez ChemChina. Firma ta zrobiła pierwsze podejście do Syngenty już na początku ubiegłego roku – z niejasnych powodów (interpretowanych jako dowód niechęci Komisji Europejskiej) prośba o pozwolenie na transakcję została wycofana po kilku miesiącach i… złożona ponownie. Podczas gdy amerykańscy regulatorzy wyrazili już na nią zgodę, KE wciąż zwleka: według ostatnich informacji status potencjalnego zakupu Syngenty ma się wyjaśnić do końca marca br. Gra toczy się o nie byle stawkę: wartość koncernu Syngenta jest szacowana na 44 mld dol.

Wspomniany wyżej państwowy koncern State Grid Corporation zaliczył też porażkę w odległej Australii. Chińczycy ostrzyli tam sobie zęby na wystawioną pod młotek największą sieć dystrybucji energii na kontynencie, firmę Ausgrid. Latem ubiegłego roku transakcję anulowano. – W czasie przeglądu sytuacji zidentyfikowano kwestie związane z bezpieczeństwem narodowym, dotyczące krytycznych usług związanych z dostarczaniem energii i usług komunikacyjnych, jakie Ausgrid świadczy przedsiębiorstwom i rządom – lapidarnie wyjaśnił tę decyzję australijski minister skarbu Scott Morrison.

Podobne niemiłe przygody spotykają ostatnio Chińczyków, gdziekolwiek by się nie ruszyli. W dużych – i rywalizujących z Pekinem – krajach, jak Rosja czy Indie, chińskie przedsiębiorstwa państwowe po prostu nie są dopuszczane do konkurowania na lokalnych rynkach. W państwach azjatyckich, szczególnie na Dalekim Wschodzie czy w Azji Południowo-Wschodniej, lokalne społeczeństwa patrzą na przybyszów z Państwa Środka krzywo, nawet jeżeli rządy witają ich z entuzjazmem. Tam z kolei sporą rolę odgrywają resentymenty etniczne i stereotypy narosłe przez lata sąsiadowania z dużymi chińskimi diasporami, w krajach takich jak Wietnam, Malezja, Indonezja czy Sri Lanka.

Nawet na Czarnym Lądzie kończą się dobre czasy dla gości zza Wielkiego Muru. W RPA, które wraz z Chinami mozolnie budowało sojusz nowych potęg – określany w swoim czasie akronimem BRICS – zainteresowanie chińskim modelem polityczno-gospodarczym stopniowo wygasło. Przyczynił się do tego fakt, że rząd w Pretorii szeroko otworzył drzwi dla chińskich produktów. W efekcie, krok po kroku zaczęły padać duże południowoafrykańskie firmy, a symbolem tego procesu stała się huta Evraz Highveld Steel and Vanadium – dekadę temu w pierwszej dwudziestce największych hut świata, rok temu dyskretnie zamknięta. 1800 zatrudnionych tam pracowników po cichu wysłano na bezrobocie, ale w opałach jest cały miejscowy przemysł hutniczy, w sumie około 50 tysięcy hutników.

Pekin traci nawet najwierniejszych aliantów. W Zimbabwe rządzonym już czwartą dekadę przez Roberta Mugabe polityka „spoglądania na wschód” zainicjowana w 2004 roku pozwoliła przetrwać międzynarodową izolację i sfinansować trwanie reżimu Mugabe. Kłopoty zaczęły się już po kilku latach: przybysze – i to nawet nie duże państwowe firmy lecz wielcy eksporterzy, którzy przybyli wraz z nimi – położyli cały miejscowy biznes, wywołując niepokoje społeczne znacznie większe niż spory Mugabe z opozycją. Od kilku lat regularnie w chińskich przedsiębiorstwach w Zimbabwe mnożą się strajki, podczas których pracownicy gremialnie opuszczają miejsca pracy. Nie inaczej jest na Madagaskarze. Już pod koniec 2014 r. miejscowi puścili z dymem miejscową chińską cukrownię; na początku tego roku kilkumiesięczne protesty doprowadziły do zablokowania budowy kopalni złota, a pracownicy firmy Jiuxing sromotnie porzucili swoje namioty. Protesty i stopniową wypieranie Chińczyków odnotowano też m.in. w Zambii, Kenii, Ghanie czy Beninie.

Mała niecierpliwość

Na tym tle Polacy mogą dzisiaj uchodzić za niebywale przyjaznych dla kapitału zza Wielkiego Muru. – Warszawa liczy na szybki wzrost polskiego eksportu do Chin – zapewniał podczas ubiegłorocznego polsko-chińskiego forum gospodarczego p.o. szefa PAIiIZ, Bartłomiej Pawlak.

I nic dziwnego: dysproporcja w saldzie obrotów jest ewidentna. W pierwszych dziewięciu miesiącach ubiegłego roku z Polski do Chin wywieziono towary za nieco ponad 1,5 miliarda dolarów. Odwrotną podróż odbyły towary za… 19,7 mld dol. W zdominowanej przez chińską tanią produkcję światowej gospodarce taka dysproporcja to w sumie nic dziwnego, ale w danych GUS dotyczących bilateralnych obrotów handlowych odbija się też pewna stagnacja: to sinusoida. W 2013 r. wartość obrotów była szacowana na 21,5 mld dol., rok później wzrosła do 25,7 mld dol., by opaść do 24,6 mld dol. w 2015 r. Jeżeli utrzymają się tendencje z pierwszych trzech kwartałów 2016 r. obroty powinny sięgnąć 28 mld dol. Przy czym te zmiany to przede wszystkim zasługa Chińczyków – różnice w polskim eksporcie do Państwa Środka to maksymalnie 100-200 mln dol. w górę czy dół.

Innymi słowy, gościnność wobec inwestorów z Pekinu i „otwieranie drzwi dla inwestorów” dotychczas nie przełożyły się na sprzedaż polskich produktów za Wielkim Murem, nawet jeśli są tam obecne duże polskie firmy – jak PZL Świdnik, Selena, Kopex, Rafako czy Fakro. Ale jak to mówi stare chińskie przysłowie: mała niecierpliwość burzy wielkie plany.

Tagi

Zostaw komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *